niedziela, 15 listopada 2009
Trwaj.fm
Tym, czym dla poznawania nowych zespołów i cieszenia się ich muzyką w dzieciństwie było MTV (założenie klablówki na naszym kołobrzeskim osiedlu "Ogrody" było wydarzeniem równie epokowym jak instalacja telefonów, czy kupno przez rodziców odtwarzacza VHS); tym, czym w latach licealnych sklepy z kasetami, a podczas studiów kanał VIVA Zwei, a jeszcze później internet... Tym dzisiaj jest Last.fm. W ostatnim roku odkryłem dzięki tej aplikacji-serwisowi społecznościowemu więcej świetnych, wpasowujących się w mój gust muzyczny zespołów niż podczas ostatnich może czterech lat. Rzecz to na pewno nie idealna, bo nie można idealnie dopasować komuś czegoś tak subiektywnego, jak lubiane zespoły muzyczne. Mimo to, w mojej muzycznej biografii Last.fm śmiało uznaję za wynalazek epokowy. Od jakiegoś czasu wynalazek, niestety, płatny. Bardziej od samego faktu wprowadzenia opłat (obecnie jakieś 3 USD za miesiąc) wkurzyło to, że płacić mieli użytkownicy tylko z niektórych - i to wcale nie najzamożniejszych - krajów, w tym z Polski. Nie pomogły petycje i groźby (ja np. groziłem skasowaniem całego internetu, zawsze tym grożę w napiętych sytuacjach internetowych) - trzeba płacić. W tym miesiącu słucham Last.fm dzięki prezentowi od dziewczyny (użytkownicy Last.fm mogą wykupować sobie nawzajem dostęp). Słucham sobie m.in. po stylach muzycznych, w ostatnich dniach kluczem jest "jangle pop". Czekam, aż ktoś na jakiejś imprezie spyta mnie, jakiej muzyki słucham... "Dżangl popu" - odpowiem. Zgodnie ze stylistyką owego nurtu komponuje i gra zespół Bubblegum Lemonade. (Jednak było coś w stwierdzeniu mojego kolegi ze studiów Tomka, że moje zespoły mają fajne nazwy). Jakiś recenzent reklamuje muzykę pochodzącej z Glasgow grupy w te słowy: "The Byrds spotykają The Velvet Underground, a dołączają do nich Jesus and Marry Chain". Może i tak. Mi tam się muzyka Bubblegum Lemonade po prostu zajebiście podoba.
Bubblegum Lemonade - I'll Never Be Yours (2008) Zespół na MySpace (Polecam piosenkę The Tomorrow People, tak naprawdę to dzięki niej zwróciłem na nich uwagę)
wtorek, 10 listopada 2009
Filozoficzny ogień
Spłonął niedawno w Warszawie klub Jadłodajnia Filozoficzna, jeden z tych, w których grały (na żywo lub z urządzeń) fajne zespoły, a słuchali ich dobrzy ludzie. Nie wiem, czy spłonął całkowicie, czy też ogień choć trochę okiełznanym został, ale akcja zbierania pieniędzy na odbudowę klubu każe wierzyć, że stanie kiedyś nowa Jadłodajnia, a w niej te same (a nawet lepsze) zespoły i nie mniej dobrzy ludzie. Skoro Jadłodajnia Filozoficzna, i skoro ogień, warto powiedzieć, że tym starożytnym filozofem, który za arche (tj. zasadę, przyczynę) wszelkiego bytu miał ogień, był Heraklit . I ja spędziłem kiedyś miły wieczór w Jadłodajni Filozoficznej, przy świetnej muzyce i z takmiż ludźmi. Rzadko w klubach szukam DJ-a, by spytać go o puszczane zespoły. Prawdę mówiąc, zdarzyło się to raz, właśnie wtedy. Na początku nieufny (może myślał, że policja), DJ podał mi swój e-mail, a ja po kilku dniach wysłałem wiadomość z pytaniem o nazwy zespołów. Odpisał. Pamiętam, że robił koszmarne błędy ortograficzne. Wśród zespołów był ten, z piosenką, którą ze słyszenia znałem, ale gdyby nie Jadłodajnia Filozoficzna, zespołu być może nigdy bym nie poznał. Życzę ci, Jadłodajnio, szybkiej odbudowy, a w przyszłości ognia tylko w granych piosenkach.
Space - Avenging Angels (1997)
niedziela, 01 listopada 2009
Nieprzystawalność
Najprawdopodobniej wybiorę się na koncert. I to poza Warszawą. I to w środku tygodnia. To już naprawdę coś. To już musi przyjechać do Polski... Yo La Tengo. Z żywych oni i niewielu więcej. Przypomniałem sobie, co pisałem o Yo La Tengo w maju 2008. Że nie podarowałbym maturzyście, który wymieniając 5 największych zespołów indie rock, nie wymieniłby drużyny Iry Kaplana. Dziś może nie byłbym tak srogi, może tylko dałbym "3". A co powiedzieć o wielu moich znajomych, słuchających tzw. normalnej muzyki, którym nazwa Yo La Tengo nie mówi nic? Gdy mówię im nazwę i obserwuję reakcję, uświadamiam sobie, że ludzkie światy - w tym te muzyczne - są nieprzystawalne. Jak tytuł poniższej piosenki (bo już nie sam tekst) to dominujących aktualnie za oknem sił pogodowych.
Yo La Tengo - The Summer (1990)
poniedziałek, 26 października 2009
Wy-chowanie
Rzadko zdarza mi się odkrywać nowe znaczenia słów znanych wcześniej piosenek lub przynajmniej bardziej uświadamiać sobie dotychczasowe znaczenia. W przypadku angielskich piosenek problemem jest często trudność ze zrozumieniem słów, w przypadku polskich - także. W ogóle mam wrażenie, że nie doceniam tekstów w muzyce, przechodzę obok nich. I chyba nie tekst zatrzymał niedawno moją uwagę na piosence "To wychowanie" T.Love na samym początku. Był to nastrój. Od pierwszych akordów gitary jakiś smutek, żal i beznadzieja. Wsłuchałem się więc w tekst. Odczytuję go jako przepełnioną rozgoryczeniem krytykę autorytetów (rodziców i szkoły, ale myślę, że wszelkich), które zawiodły; jako gorzki rozrachunek z wartościami (np. patriotyzm), które wpaja się ludziom bez jakiejkolwiek refleksji (i zachęty do refleksji). To wygarnięcie wychowawcom (rodzinnym, szkolnym, religijnym), że to, iż szanujemy rodziców, dostajemy piątki w szkole i chodzimy do kościoła nie oznacza jeszcze, że wszystko jest w porządku. Swoją drogą, wyraźnie da się zauważyć u Muńka Staszczyka (choć "Wychowanie" to podobno nie jego tekst) ciągłość w chęci demaskowania tego, że "jest super". No proszę, a z Częstochowy i z dobrego liceum.
T.Love - "To wychowanie" (1989)
sobota, 10 października 2009
Zimno - ciepło (The Radio Dept.)
Ponieważ za kilka dni wybieram się na krótkie wakacje na ciepłe południe, by zrównoważyć temperatury chciałbym pokazać Wam zespół z zimnej północy, ze Szwecji. Wprawdzie to samo południe Szwecji, więc klimatycznie nam bliskie (a mi, jako staremu Kołobrzeżaninowi, tym bardziej), ale efekt retoryczny, zestawiający ciepłe południe z zimną północą udał się wspaniale, przyznacie. W mieście Lund, na wspomnianym południu Szwecji, już od 14 lat gra zespół The Radio Dept. Czternaście lat to, wydawałoby się, już kawał czasu jak na wiek zespołu muzycznego. W przypadku The Radio Dept. to jednak mylące, bo zespół lubił mieć w przeszłości przerwy, przeplatając działalność muzyczną z aktywnościami praktycznymi i pożytecznymi dla społeczeństwa (np. rybołóstwo). Nazwę wzięli z okolicznego warsztatu samochodowego, w którym naprawiano też radia. Zmienne (i to mocno) też były składy osobowe The Radio Dept. Jak to Szwedzi - swoboda, tolerancja i wyzwolenie. Komu tam chciałoby się grać w jednym zespole dłużej niż 5 lat? Znudziło mi się - mówię "do widzenia". Może więc stąd słyszymy w pierwszych słowach piosenki: "I'm scared when I'm at home / In my apartment on my own"? Jak by nie było, zespół potwierdza, że Szwedzi, pomimo zimnego geograficznie położenia, grają ciepło jak... w Tunezji.
The Radio Dept. - Lost and Found (2003)
niedziela, 04 października 2009
Telewizja i talent
Jedną z głównych atrakcji moich comiesięcznych wizyt w rodzinnym domu jest telewizja. Mam wprawdzie telewizor u siebie, ale korzystam z niego w bardzo ograniczonym zakresie. Średnio raz na miesiąc oglądam jakiś mecz, w przerwie wyciszam reklamy, a zaraz po wyłączam. Telewizji więc na codzień w istocie nie mam. Wizyty w domu są zatem dla mnie okazją na doświadczenie telewizji w pełni: z reklamami, z durnymi programami rozrywkowymi, krzykliwością, ładnymi buziami i efektownymi wypowiedziami. Gdy to wszystko oglądam, za każdym razem upewniam się, że nie jestem mieszkańcem tego świata, ale zawsze, będąc w domu, chętnie na trochę odwiedzam go. Tym razem, w rodzinnym gronie, dłużej zatrzymaliśmy się na programie "Mam talent". Ma w zasadzie wszystko, co telewizyjne: ma reklamy, jest durny (pod wieloma względami), jest krzykliwy, ma jurorów, którzy są bądź to ładni, bądź efektownie się wypowiadają. Występowali najróżniejsi cudacy, niektórzy śmieszni, niektórzy żałośni, wielu jednak rzeczywiście utalentowanych, aczkolwiek - gdyby nie ojciec i jego autorskie wyroby spirytusowe - byłoby to wszystko nudne. Większość występujących pokazywała, że ma, lub chce mieć, talent muzyczny. Im dłużej brnęliśmy przez program, tym bardziej byłem pewien, nie pokaże się nikt, kto ujmie mnie czymś. Przez długi czas najciekawszym występem był ten mongolskiego pasterza, imitującego chyba dźwięki stepów i ich zwierzyny. Jasne więc, że gdy do wyjścia na scenę szykowało się dwóch 15-latków, kochających hip-hop i takoż ubranych, nie poderwałem się z fotela. Gdy tymczasem... Mi, jak i pozostałym domownikom oraz jurorom i publiczności w programie opadły, że tak kolokwialnie powiem, kopary. I choć w nieznośnej stylistyce telewizyjnego show, chłopaki pokazali kawał prawdziwej sztuki. Warto czasem obejrzeć telewizję.
Marcel i Nikodem Legun - ? (2009)
sobota, 26 września 2009
Warto chodzić do pracy - The Twin Atlas
W pracy słuchamy czasem radia. Najczęściej prosi o włączenie radia koleżanka Paulina (nie lubi tego imienia, woli, by mówić na nią "Paula"), która powiedziała kiedyś, że źle jej z taką ciszą. Zwykle uruchamia radio Rafał (nie ma nic do swego imienia, można mówić na niego "Rafał"), polega to na włączeniu wolnego komputera, znalezieniu odpowiedniej stacji radiowej i wyregulowaniu głośności. Do mnie (komputer stoi najbliżej mnie) należy zadanie najważniejsze, czyli wybór stacji. Nie ma z tym wielkich kłopotów, gdyż słuchacze są niewymagający (co nie znaczy o kiepskich gustach) i otwarci na różne gatunki i style muzyczne. Mimo to, nie forsuję swojej muzyki, staram się puszczać tzw. muzykę środka, głównie lata 70-80-90, kiedy byliśmy jeszcze młodzi i wszystko było przed nami :) Czasem tylko, gdy znudzą się nam dawne przeboje, wyruszamy w nieznane muzyczne krainy, otwierając się na nowe piosenki. By jednak wyprawy te były bezpieczne, zabieram moich kolegów tylko w rejony rockowej muzyki alternatywnej. Jako zgodni i niewymagający (ale - powtarzam - nie o złych gustach) słuchacze, jadą chętnie; Rafał, sam gitarzysta w alternatywnym zespole, jest zachwycony, a Paula zadowolona, że nie ma ciszy. Tak było wczoraj, kiedy słuchaliśmy świetnego internetowego radia SomaFM. Piosenki płynęły jedna po drugiej. Gdy wtem zagrano utwór, którego wykonawcę musiałem poznać. Zanotowałem, a po przyjściu z pracy poznałem bliżej. I z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że zespół The Twin Atlas będzie moim odkryciem jesieni, a może i roku. Warto chodzić do pracy.
The Twin Atlas - Show Me All (2003)
Oficjalna strona.
niedziela, 20 września 2009
Nie z tych Turnerów
Już dość dawno chciałem podzielić się z Wami tą piosenką, zwłaszcza zaś teledyskiem. Pochodzi z dawnych dobrych czasów, kiedy po zakończonym roku akademickim wracałem do domu, by obijać się, czytać książki i oglądać kanał muzyczny Viva Zwei. Dziś, w dobie nieograniczonych możliwości odkrywania nowych zespołów w (nareszcie w miarę dostępnym) internecie, trudniej może docenić coś takiego jak kanał muzyczny. Ale wtedy, na przełomie wieków, Viva Zwei była skarbnicą muzycznych inspiracji. Piosenka poniższa jest zupełnie nie z mojej - jak to nazywam - muzycznej parafii. Może urzekł mnie prosty teledysk? A może moja muzyczna parafia większa jest niż te parę indie-rockowych wsi, tylko jeszcze o tym nie wiem? Jak już pisałem, dawno chciałem podzielić się ową piosenką, ale nie za bardzo wiedziałem, gdzie ją znaleźć. W internecie, rzecze jasna. Ale gdzie? Nie wiedziałem. I dopiero niedawno, któregoś dnia, wpadłem na pomysł, że może spróbować by na... YouTube'ie. No jest. Hmm, piękne wakacje roku 2000. Ciekawostka: ów Turner urodził się w Polsce, w 1978 roku. Naprawdę nazywa się Paul Kominek (nie jest więc spokrewniony z Tiną Turner).
Turner - Been Out (2000)
niedziela, 13 września 2009
Sprawa z koncertami
Rzadko chodzę na koncerty muzyczne, więc każde takie pójście warte jest wzmianki i paru refleksji. Moje niechodzenie wynika z tego, że niewiele grywa w Polsce zespołów, które lubię i których zobaczenie na scenie dostarczyłoby mi miłych wrażeń. Czyż bowiem nie dla miłych wrażeń chodzi się na koncerty? Inna rzecz to bezkompromisowość i pewna "zerojedynkowość" w moim podejściu do muzyki. Jeśli coś mi się podoba ("1"), słucham tego, cieszę się tym, chcę posłuchać na żywo. Jeśli nie ("0"), nie chcę tracić czasu. Może to dziwne, że dzielę muzykę tak radykalnie, ale tak w istocie jest: albo mi się coś podoba, albo - mniej lub bardziej - nie podoba. Jest coś jeszcze. W muzyce interesuje mnie... tylko muzyka. W porównaniu z osobami kochającymi koncerty ze względu na oprawę, na atmosferę, na klimat, na formę zespołu, na jego świetny kontakt z publicznością - czyli wszystko to, za co ludzie kochają koncerty. W porównaniu z nimi jestem upośledzony. Dla mnie tym co, co ma pierwszorzędne znaczenie, są dźwięki. Reszta - byle nie przeszkadzała. (Reszta, w tym publiczność. Trudno słucha się jakiejkolwiek muzyki w towarzystwie... kiboli Legii). Byłem na koncercie zespołu Razorlight. Zespół niby z Anglii, niby indie-rockowy, niby nawet melodyjny... ale jakoś nie tak te dźwięki w piosenkach chłopaki układają. Być może wystarczyłoby zmienić dwa dźwięki i powstałaby zupełnie inna, wpadająca w ucho melodia, wobec której nie byłbym obojętny. Problem chyba jednak w tym, że Razorlight podobałby mi się, ale jakieś 12-15 lat temu... Gdy tymczasem dziś, wracając z koncertu jak ten, musiałem natychmiast założyć swoje futurystyczne słuchawki, by posłuchać i poczuć ulgę przy czymś jak to.
Vetiver - Been So Long (2006)
środa, 02 września 2009
Gorączka
Jestem chory i mam gorączkę. Mógłbym śmiało śpiewać, za pewną znaną amerykańską piosenkarką, "Don't you wish your girlfriend was hot like me". Naprawdę nie wiem, kto to śpiewa. Musi być znana, bo inaczej nie usłyszałbym tej piosenki. Musi też być amerykańska - no tak przynajmniej czuję. Sprawdzę w Google. Ciekawe propozycje podaje wyszukiwarka po wpisaniu "don't". Króluje "Don't worry be happy", potem "Don't speak" i "Don't cry for me Argentina". Po wpisaniu "don't you" kolejne propozycje, ale bez interesującej mnie. I dopiero po dodaniu "wish" wyszukiwarka błyskawicznie odgaduje moje myśli. To zespół Pussycat Dolls. Nigdy nie słyszałem tej nazwy, wiele do nadrobienia. Teledysk - klasyka garunku. Obwieszony łańcuchami murzyn i skaczące, skąpo odziane laski. Komentarz jednego z internautów: "What her grandmother must think". Pozostając w tematyce gorąca, miałem w ten weekend okazję obejrzenia na żywo (ale w telewizorze) wykonania piosenki "Lato" przez Formację Nieżywych Schabuff. Była to jakaś dobroczynna impreza Polsatu w Białymstoku, byli też m.in. Stachursky i Edyta Górniak... Wierzcie lub nie, ale na przełomie lat 80 i 90, FNS grała bardzo dobrą, melodyjną muzykę. Lekkość i chwytliwość ich kompozycji pozytywnie wyróżniała się na polskiej scenie. Trudno mi sobie wyobrazić, by dziś jakikolwiek polski letni hit stacji radiowych zbliżył się klasą do "Lata", hitu z 1995 roku. A już taki "Żółty rower" z 1992 roku... To dopiero! Dzięki Formacjo za te kilka świetnych, dawnych piosenek, kimkolwiek dziś jesteś.
Formacja Nieżywych Schabuff - Żółty rower (1992)
|
Archiwum
Zakładki:
Grali na Melodyjnie
Melodyjne blogi
Radia melodyjne
Style melodyjne
|