wtorek, 12 lipca 2011
Ye, ye, Yeti

Trafił ostatnio do mnie taki oto dowcip:

Siedzą dwa Yeti przy jaskini, podśpiewują sobie. Nagle starszy z nich milknie.
- Wkurwiają mnie już te stare śpiewki - mówi. - Znudziły mi się. Idź no na dół, do miasta, wybadaj czego się teraz słucha.
Młodszy Yeti schodzi z gór. Wchodzi do muzycznego.
- Co tam macie, słuchacie nowego, panie ludziu? - pyta huczącym basem.
Sprzedawcy aż płyty wypadły z rąk na podłogę. Zbladł, gębę rozdziawił, oczy wybałuszył i wycelował paluchem w stwora:
- Ye... Ye... Ye... - jąkał drżącym głosem. Przełknął ślinę. - Ye... Ye...
Yeti machnął zrezygnowany łapą, odwrócił się i wyszedł. Wrócił w góry.
- No i? - pyta starszy.
- Wciąż Beatlesi... 

The Beatles, She Loves You (1963)

 


21:21, chigliack
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 maja 2011
Sto lat, Królu Bobie

Ale to długo było. Ponad trzy miesiące. Było jeszcze zimno i biało. Czy na kolejny wpis, drogi Czytelniku przyjdzie Ci czekać kolejne trzy miesiące? Nie wiem, być może tak, choć będę się starał, by nie. Jakiż to cud (subito sancto!) wybudził mnie z trzymiesięcznego letargu? To pan kończący dziś 70 lat!

Niedawno dobry kolega napisał mi maila o tym, że po trzydziestce coraz mocniej dociera do niego, że Elvis Presley był w istocie królem. Wydało mi się to dość prawdopodobne, a może po prostu nie miałem pod ręką innych kandydatów. Coś jednak mówiło mi, że jest chyba ktoś, komu królestwo rock&rolla przyznałbym z mniejszym wahaniem.

Olśniło mnie dosłownie parę dni temu, kiedy stojąc na przystanku w drodze do pracy, w jakichś wiadomościach na BBC usłyszałem, że w USA wyliczyli, na piosenki jakiego wykonawcy w uzasadnieniach wyroków najczęściej powołują się sędziowie w sądach. To Bob Dylan. Na niego też - częściej niż na Presleya - bezpośrednio powoływali się wielcy rocka i wielcy melodyjni w XX wieku. Elvis, z całym szacunkiem, u mnie księciem. Królem Bob Dylan.


Bob Dylan - It Ain't Me Babe (1964)

 


Tagi: bob dylan
23:17, chigliack
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 lutego 2011
Przyzwoici celebryci 3 - Kabaret Starszych Panów

A moi kolejni wybrańcy to Kabaret Starszych Panów. Są bez wątpienia celebrytami, nawet współczesnymi, bo co i rusz ktoś adaptuje ich genialne piosenki. Bardzo dobrze radzi sobie z tym np. Grzegorz Turnau. Tym, za co ja najbardziej KSP, jest ich: klasa, dobre maniery, elegancja, wreszcie finezja (muzyczna i słowna). Dla nie mnie są jakimś fenomenem: pojawić się i zabłysnąć w społeczeństwie, które akurat
powyżej wymienionych przymiotów nie ma w nadmiarze to naprawdę coś. Bardzo lubię przenikającą wiele ich piosenek filozofię - stoickiego dystansu i życzliwej wyrozumiałości wobec ludzi.

Kabaret Starszych Panów - Zimy Żal

 


19:00, chigliack
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 lutego 2011
Przyzwoici celebryci 2 (czyli promocja homoseksualizmu)

Wymiana e-maili trwa. Koledzy wybierają celebrytów naprawdę przyzwoitych - statecznych mężów i ojców. Ja jako drugie wskazanie dałem Field Mice za piosenkę dowartościowującą lesbijki.

"Właściwie bardziej wskazuję tu piosenkę niż sam zespół, bo o tym, jakimi ludźmi są członkowie The Field Mice, niestety mało wiem, ale że piosenka to w końcu ich twór, niech i oni będą docenieni. Nie wiem, jakimi są ludźmi, ale wiem, że podzielam z nimi ten pogląd, iż nie ma jednego i jedynie słusznego czy lepszego od innych modelu miłości. Że miłość gejów i lesbijek - o ile jest miłością prawdziwą - jest miłością taką samą, jak "normalne" miłości ("this love is as good as any other"). No, poza tym, że jeśli już miałbym to oglądać w necie, to na pewno wolałbym obejrzeć miłość lesbijek (haha!) :)

Nie jestem pewien, czy taka piosenka jest wyborem przyzwoitym w ścisłym sensie tego słowa, ale że niesie jakieś tam wartości humanistyczne (nawet jeśli z niewielką domieszką hedonistycznych), daję ją".

The Field Mice - This Love Is Not Wrong

 


21:54, chigliack
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 lutego 2011
Przyzwoici celebryci - 1

Koresponduję z dwoma dobrymi kolegami ze studiów. Bawimy się w tworzenie list muzycznych według rozmaitych kluczy. Aktualny projekt to "Przyzwoici Celebryci" - artyści, którzy życiem i/lub twórczością promują wartości humanistyczne (a nie, jak to często w przypadku celebrytów bywa, hedonistyczne).

Moje wskazanie numer 1: George Harrison. W szczególności za to, że:

1) Był chyba najbardziej uduchowionym Beatelsem, zafascynowanym filozofią indyjską, wydającym się myśleć o świecie więcej niż pozostali muzycy zespołu.

2) Nie żywił urazy do Erica Claptona za to, że Patti Boyd (pierwsza żona Harrisona), po zostawieniu Beatelsa, zamieszkała właśnie z Claptonem, zostając z kolei jego żoną. Dwaj muzycy pozostali kumplami, a małżeństwo Claptona i Boyd i tak się rozleciało.

3) Nagrał świetny album o mądrym tytule "All Things Must Pass".

4) Angażował się w działalność charytatywną w czasach, kiedy o koncertach Live Aid nikt jeszcze nie słyszał. Do dziś jego fundacja (The George Harrison Fund For UNICEF) działa dużo i dobrze.

5) Jak przystało na filozofa, z pasją oddawał się ogrodnictwu. Z czasem ponoć nawet zaczął uważać się bardziej za ogrodnika niż muzyka... :)

Z Georgem Harrisonem bardzo utożsamia następującą - łagodną, pozytywną - piosenkę.

George Harrison - Behind That Locked Door (1970)

 


22:32, chigliack
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 grudnia 2010
Odłożone na jutro

Świąteczne porządki okazały się dosłownie świątecznymi, gdyż dziś, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia spędzanych w swoim rodzinnym domu, postanowiłem zwolnić miejsce w szufladach tym, którzy mieszkają tu na co dzień i pozbyć się kaset magnetofonowych. Było ich prawie całe dwie szuflady, w każdej po dwa rzędy, w sumie gdzieś z 60 sztuk. Kupowałem je lub przegrywałem jeszcze w latach 90-tych, w liceum, słuchałem jeszcze na studiach, by wraz z nadejściem ery odtwarzaczy mp3 pozostawić je na stałe w szufladzie. Jakież to były kiedyś wielkie zakupy. Każdy był wydarzeniem, muzycznym i finansowym. Kosztująca ok. 20 zł kaseta dla nie zarabiającego licealisty była zawsze poważnym zakupem, a nowosci potrafiły kosztować i ze 25 zł. Niezależnie od wartości materialnej, wiele z tych kaset było dla mnie skarbami.

Rozsądek walczył z sentymentem. Z jednej strony wiedziałem, że teraz są już nieprzydatne; że wszystkie je mam w mp3-jkach, że nie mam nawet magnetowonu kasetowego, że nie jest dla mnie specjalną frajdą słuchanie kaset - jak dla niektórych słuchanie winyli. Z drugiej strony, w rzędach tych kaset zapisana była moja muzyczna łodość, R.E.M., Blur, Oasis... No i niektóre naprawdę kosztowały 25 zł. Już zwyciężał rozsądek, już pakowałem jedna po drugiej do wielkiej reklamówki, gdy trafiłem na Blur "Modern Life Is Rubbish". Nie wiem, czy to tytuł - jakoś odnoszący się zagadnienia wyrzucania starych kaset zastąpionych przez mp3 - czy może po prostu to, że kochałem ten album... Zostawiłem, a razem z tą kasetą inne Blur, a do tego jeszcze kilka R.E.M., Oasis i jeszcze parę. Niech zostaną. Może kiedyś technologia zatoczy koło i wrócą kasety?

Dobrego roku!

Blur - For Tomorrow (1993)

 


13:07, chigliack
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 grudnia 2010
Przyjazny świat pana Kaufmana

Oglądaliście film "Człowiek z księżyca" (Man on the Moon) Milosa Formana? To jeden z moich ulubionych filmów. Przedstawia historię amerykańskiego ekscentrycznego komika Andy Kaufmana, genialnie granego przez Jima Carreya. Miał specyficzne, posunięte do granic absurdu (i do granic tolerancji ludzi wokół niego), poczucie humoru. Jeśli jednak każdy żart zawiera w sobie element nonkonformizmu, złamania reguł, burzenia ładu, to żarty Andy Kaufmana reprezentowały humor czysty. Przewrotny, trudny do zrozumienia humor Kaufmana powodował czasem agresję publiczności, na przykład wtedy, gdy w ogóle nie było śmiesznie. Przecież przyszli, zapłacili za bilet, dlaczego więc stoi przed nimi zupełnie nieśmieszny facet? Tymczasem ów brak śmieszności był sam w sobie - zamierzonym - żartem. Albo wtedy, gdy udając dolegliwość gardła, poprzez konferansjera kazał nieźle już poddenerwowanej publiczności pogasić wszystkie papierosy i cygara (sporo czasem warte), by po tym sam wejść na scenę z papierosem w ustach i ze smakiem się zaciągnąć.

Film nie tylko o humorze. Dla mnie zawsze był filmem również o samotności. Bo człowiek, który postanowił wycinać żarty całemu światu, z samotnością musiał się zderzyć. Gdy zachorował na raka, ani przyjaciele ani najbliżsi przez długi czas nie wierzyli mu, myśląc, że to kolejny żart.

Ciepły, mądry i rzeczywiście zabawny film. No i z muzyką R.E.M.

R.E.M. & Jim Carrey - This Friendly World (1999)

 


Tagi: REM
21:20, chigliack
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 września 2010
Tax(i)man

Lubię świat warszawskich taksówkarzy. Mam wrażenie, że kryje on jakieś tajemnice, że ma jakąś ciemną stronę. Lubię świadomość, że gdzieś obok mnie, obok mojego świata istnieje osoby świat, ze swoimi odrębnymi regułami, hierarchiami, moralnością, językiem. I ten taksówkarski świat miasta Warszawy sam ma swoje podświaty. Poszczególne korporacje są tak zróżnicowane, jak zróżnicowane jest społeczeństwo: pod względem klasy samochodów, cen za przejechany kilometr, kultury osobistej taksówkarzy, słuchanej w radio muzyki. Są taksówkarze słuchający RMF Classic i zagłuszający się dyskotekową sieczką.

Bardzo lubię wracać w nocy do domu taksówką i słuchać komunikatów pań dyspozytorek. Nasłuchuję odpowiedzi zlokalizowanych w różnych częściach miasta taksówkarzy. Padają nazwy ulic, podawany jest szacowany czas dojazdu. Z zadziwieniem konstatuję, że choć jest choć tak późno, miasto w tylu miejscach jeszcze nie śpi. Żyje. A gdy zdarzy się, że z słuchanego przez pana taksówkarza radia poleci muzyka melodyjna, nie skąpię napiwku i szczerze życzę dobrej nocy.

Jechałem niedawno (w dzień wprawdzie i w biznesie) z taksówkarzem starym i sympatycznym tak bardzo, że miało się wrażenie, iż starość i sympatyczność skorelowały się u niego nad wyraz silnie i dodatnio. Zaczął jeździć w Warszawie w 1966 roku i - ze względu na małą wówczas liczbę samochodów i świateł - mógł przejechać stolicę z każdego końca w drugi w 20 minut. Nie słuchał żadnego radia, ale pomyślałem sobie, że w roku, w którym zaczął jeździć, grali już, i to długo, Beatelsi. W 1966 roku nagrali to.


The Beatles - I'm Only Sleeping (1966)

 

 

22:26, chigliack
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
Tomek poleca Piotrka

Piszę, jak by to powiedziała pani w pewnej słynnej w latach 90-tych reklamie telewizyjnej, "z pewną taką nieśmiałością". Tak długiej przerwy bowiem we wpisach na Melodyjnie nie było, a wiem, dochodziły mnie słuchy, że wejścia na bloga były i domyślam się, że część z Was mogła już zacząć się o mnie martwić, a jeśli nie o mnie to na pewno o samego bloga. Otóż uspokajam, blog działa i dopóki na słuch mi kompletnie nie siądzie, działać będzie. Nie mogę zagwarantować dotychczasowej częstotliwości wpisów (raz na tydzień, nie mówiąc już o dawnej - dwa wpisy na tydzień, to były czasy!), niemniej chciałbym zagwarantować częstotliwość jakąś, co jest już czymś.

Nie ułatwiał mi ponownego pojawienia się na blogu fakt, że nie bardzo miałem się z czym pojawić. Nie odkryłem przez ostatnie 1.5 miesiąca żadnego nowego zespołu, ani nie zostałem uwiedziony przez żadną cudowną, melodyjną piosenkę. I nagle, gdy już myślałem, że stan mej niemocy będzie się przedłużał, przyszedł z pomocą dobry kolega z dawnych, dobrych studenckich lat, przysyłając odkrytą przez siebie piosenkę. Chciał się po prostu podzielić muzycznym odkryciem, chyba nawet nie wie, że prowadzę muzycznego bloga.

Trafił. Zespół znałem z lat jeszcze wcześniejszych niż "studyjne", bowiem Kula Shaker słuchałem do liceum jeszcze kieleckimi ulicami chodząc. Potem jakoś straciłem z tą grupą, zupełnie jak z wieloma z kolegami z liceum, kontakt. Nie wiem, jak moi licealni koledzy, ale Kula Shaker dojrzeli ogromnie. Metodologiczna uczciwość nie pozwala mi na podstawie jednej piosenki generalizować na resztę teraźniejszych dokonań, na cały "współczesny Kula Shaker". Co tam, na razie niech wystarczy polecony przez mojego znakomitego kolegę też wspaniały "Peter Pan R.I.P".

Kula Shaker - Peter Pan R.I.P. (2010)

 


22:24, chigliack
Link Komentarze (1) »
środa, 14 lipca 2010
Piosenka z reklamy batona

Tyle, ile naoglądałem się telewizji w ostatnich trzydziestu dniach, nie oglądałem pewnie w sumie przez minione dwa lata. Wiadomo: mistrzostwa świata w piłce nożnej. Chyba nawet sam telewizor - cztery lata temu - kupiłem sobie z myślą o tamtych mistrzostwach, z 2006 roku. W telewizji nie lubię m.in. reklam. A nie lubić w telewizji reklam, to jakby nie lubić istoty telewizji. Z reguły więc, oglądając mecze tegorocznego mundialu, wyciszałem telewizor gdy tylko kończył się sport, a zaczynała promocja produktów. W przerwach meczów wyciszałem telewizor niemal równo z gwizdkiem arbitra kończącego połowę. Raz nawet, zdenerwowany niekompetencją i nieudolnością komentatora, próbowałem oglądać samą grę bez dźwięku.

Nie zawsze udawało mi się wyciszać reklamy. Czasem, gdy oglądałem mecz w towarzystwie kolegi, który nie ma telewizora, nie miałem sumienia zabierać mu tych jedynych chwil kontaktu z telewizyjną komercją. Być może to wówczas trafiłem na reklamę, której ścieżka dźwiękowa wpadła mi w ucho tak bardzo, że chciałem, by reklama trwała jak najdłużej. Niestety, skończyła się po standardowych trzydziestu sekundach, a ja z wrażenia zapomniałem nawet nazwę batonu, który był reklamowany. Na szczęście, reklamy czasem są powtarzane. Za drugim razem nazwę batonu wbiłem już sobie mocno do głowy i przy najbliższej okazji w internecie rozpocząłem poszukiwania granej w reklamie piosenki. Poszło łatwo. Może nawet zbyt łatwo. Przypomniałem wówczas sobie, gdy dokładnie dziesięć lat temu, by znaleźć muzykę z reklamy piwa Królewskie ("Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda"), musiałem napisać aż do działu marketingu tego browaru.

Nie znam wykonawców owej uroczej piosenki. Nawet internet nie jest tu wielkim pomocnikiem. Nie wiem też, o czym tak wdzięcznie śpiewa ta Francuzeczka. Jestem jednak jakoś dziwnie pewien, że ilustrację do piosenki wybrałem idealną.

Stéphane Huguenin & Yves Sanna & Christian Padovan - Sur Ma Peau Dorée

 


21:53, chigliack
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23