środa, 28 stycznia 2009
Przedstawienie Świętego Krzysztofa

Jakiś czas temu ukułem mało wiarygodną i trącącą tanią metafizyką teorię, że w drugiej połowie lat 80-tych na Wielką Brytanię zstąpił jakiś muzyczny, melodyjny duch. Odkrywając kolejną świetną ekipę z UK z tamtych czasów, wciąż nie mogę się nadziwić liczbie tych zespołów i temu, jak zgodnie z moim gustem grały. Jeśli w tej historii z duchem jest cokolwiek prawdy, to głównym jego miejscem pobytu była wytwórnia Sarah Records, pod której skrzydłami wydawały tacy giganci melodyjnego grania, jak The Field Mice, Brighter, The Orchids, Another Sunny Day oraz...

St. Christopher. Zupełnie nie wiem ani się nie domyślam, czemu za nazwę wzięli sobie Św. Krzysztofa, patrona podróżujących, kierowców oraz (o tym chyba mało kto wie) kawalerów. Zespół, jak niewiele ze stajni Sarah Records, długowieczny. W tym roku stuknie mu 25 lat, choć jedynym stałym członkiem jest pan Glenn Melia. Jak długowieczny, tak mało znany. Tym bardziej więc warto o nim napisać. A nuż stanie się - i to nawet w Polsce - bardzo znany i zagra kiedyś w Jedynce na Sylwestra?

 

 
St. Christopher - All of a Tremble (1989)
 
 
 
niedziela, 25 stycznia 2009
Jak Beatelsów odkrywałem

Doskonale pamiętam moment, kiedy zakochałem się w Beatelsach. Było to w liceum, na lekcji angielskiego. Nasza pani od czasu do czasu przygotowywała lekcję piosenkową. Przynosiła magnetofon, potem analizowaliśmy (angielski oczywiście) tekst piosenki, a na koniec, już zaznajomieni z tekstem, śpiewaliśmy na całą szkołę. Pewnego razu za materiał dydaktyczny posłużyła piosenka "Nowhere Man" Beatelsów. Zespół rzecz jasna znałem, ale bardzo pobieżnie, kilka piosenek zaledwie. Byli dla mnie takimi trochę lepszymi Czerwonymi Gitarami, śpiewającymi po angielsku. Myliłem się kolosalnie.

Zgłębianie Beatelsów zajęło mi następnych parę lat. Nic dziwnego, wszak wydali (w UK) 12 albumów, razem tworzących skarbnicę wszystkiego, co najlepsze w muzyce rozrywkowej. "Nowhere Man" pochodzi z płyty Rubber Soul (1965 rok), lokującej się prawie dokładnie w środku (1960-1970) wspólnej muzycznej drogi czwórki z Liverpoolu. Płyta ta kończy okres młodzieńczego rozkrzyczenia, a zaczyna erę refleksyjności wieku średniego. Uwielbiam ją za surowość brzmienia i słodycz melodii. No i za "Nowhere Mana".

 
The Beatles - Nowhere Man (1965)
 
 
 
środa, 21 stycznia 2009
Cóż, że ze Szwecji

"Cóż, że ze Szwecji" to niezwykle trudne do wypowiedzenia wyrażenie, pokrewne stołowi z powyłamywanymi nogami czy wyrewor... wylewor... wyrewolwerowanemu kaloryferowi. Dla obcokrajowca zgłębiającego polszczyznę zwroty takie to Mount Everest polskiej mowy. Wyjątkowo wredny lektor naszego ojczystego języka może nawet stworzyć i kazać powtórzyć zdanie "Cóż, że ze Szwecji (z Ikei), jeśli z powyłamywanymi nogami".

W odniesieniu do dobrej muzyki zwrot "cóż, że ze Szwecji" nie bardzo pasuje. Sugeruje bowiem, że coś - pomimo, że ze Szwecji - jest kiepskie. Nieprawda to. Bardzo cenię Szwedów (jak i Szwecję w ogóle) i zawsze z ciekawością słucham nowych, lub starych lecz jeszcze nie odkrytych, zespołów zza naszego morza. Pierwszym i do dziś ważnym szwedzkim zespołem jest dla mnie Eggstone. Poznany na niezapomnianej Vivie2, muzycznie zdominował mi cały 2002 rok. W tym to roku miałem epizod poszukiwania pracy latem. Pracy nie udało się znaleźć, ale i tak (a może właśnie dlatego) było pięknie.

 

 
Eggstone - Summer and Looking For a Job (1996)
 
 
 
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Piosenka o ludziach i wielbłądzie

Byłem dziś na wsi. Jeśli od wielu lat mieszkasz w dużych miastach, z czasem wizyty na wsi mają w sobie coraz więcej egzotyki. Nie jest to może jeszcze Tony Halik wędrujący w amazońskiej dżungli, ale to jednak inny świat. Nie wartościuję. Wiem, że wieś i małe miasteczka mają wiele do zaoferowania, życie tam ma swoje dobre strony, do którym nieraz tęskno mieszczuchom. Ale ma też złe. Dla mnie największą bolączką wiejskiego bytowania byłaby mentalność wielu mieszkańców wsi. Jaka to mentalność? Ano choćby taka, która - gdyby przykładowo ktoś zechciał mieć tam wielbłąda - wywołałaby zdziwienie, przechodzące w krytykę, a może i gorzej (ostracyzm, prześladowanie).

Historia z wielbłądem, ukazana w filmie "Duże zwierzę" Jerzego Stuhra, jakkolwiek mocno odrealniona, doskonale obrazuje typ mentalności reagującej alergicznie na wszelką inność. Smutny film i smutna przewodnia w nim piosenka grupy Myslovitz. Ludzie wiebłądowi zgotowali ten los.

 

 
Myslovitz - Polowanie na wielbłąda (2000)
 
 
 
środa, 14 stycznia 2009
Cała jesteś w melodii

W ostatniej "Polityce", w artykule o pięcioleciu radia RMF Classic, pojawia się kilka interesujących z psychologicznego punktu widzenia informacji na temat relacji pomiędzy sferą psyche a muzyką klasyczną. "Naukowo przeprowadzone testy psychologiczne dowiodły, że słuchanie muzyki klasycznej ma bezpośredni wpływ na uaktywnienie funkcji poznawczych mózgu. -Dzieje się tak za sprawą perfekcyjnej równowagi i harmonii struktur muzycznych, które opływając mózg docierają do wielu ważnych ośrodków nerwowych, jednocześnie je stymulując. Klasyka, nie tylko zresztą muzyczna, organizuje człowieka".

Muzykę melodyjną cieszy ów fakt, zważywszy, jak wielu z prezentowanych tu artystów miało związek z muzyką klasyczną (edukacja w szkole muzycznej). Ba, nawet ja chodziłem do szkoły muzycznej, ale - z perspetywy patrząc i szczerze mówiąc - wiele bardziej szczęśliwszym czy inteligentniejszym mnie to nie uczyniło. Nie wiem, jak ze Skaldami. Gdy słyszę harmonie z "Cała jesteś w skowronkach", myślę, że z pewnością chodzili do szkół muzycznych i, co więcej, choć trochę lubili Mozarta i Bacha. Myślę też, że gdyby taką piosenkę napisali Beatelsi, byłaby światowym hitem nie mniejszym niż "Let It Be" czy "Hey Jude".

 

 
Skaldowie - Cała jesteś w skowronkach (1969)
 
 
 
czwartek, 08 stycznia 2009
Zima nie lubi Kalifornijczyków

Już miałem nadzieję na trzecią z rzędu ciepłą zimę, gdy tymczasem przyszła prawdziwa, zimna zima. Znów nie mogę wyjść z podziwu dla wszelkich ludów północy, dla których nasze aktualne minus dziesięć to niewielki przymrozek.

Z tego co pamiętam, zima 2004/2005 była dość normalna, bez skrajności. Zima modelowa, podręcznikowa. Tej to zimy poznałem album... "Summer Sun" grupy Yo La Tengo. Do dziś uważam go chyba za najlepszą płytę amerykańskiego zespołu-legendy indie-rocka. Na niej z kolei jedną z moich ulubionych piosenek jest utwór "Today Is The Day". Smutniutki jak nie wiem co, ale i niesłychanie piękny.

Niech wam nie będzie szkoda ludzi z teledysku. U nas piękna zima, mróz, rześkie powietrze, skrzypienie śniegu pod nogami, a tam upał i na deskach muszą pływać. Może i do naszych nieszczęśliwych przyjaciół z Kalifornii też zawita kiedyś zima.

 

 
Yo La Tengo - Today Is The Day (2003)
 
 
 
sobota, 03 stycznia 2009
Bratni sojusz muzyki melodyjnej i socjalistycznego olimpizmu

Moscow Olympics

XXII letnia olimpiada odbyła się w 1980 roku w Moskwie. Musiała być ciekawa. Była pierwszą letnią olimpiadą zorganizowaną przez państwo ówczesnego bloku wschodniego i to nie byle jakie państwo, bo sam Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Były to igrzyska okrojone, bez osiemdziesięciu dwóch państw, które pod przewodnictwem USA zbojkotowały imprezę, protestując przeciwko dokonanej rok wcześniej radzieckiej inwazji na Afganistan. Polityka, nie po raz pierwszy i ostatni, uderzyła w sport. Polska wysłała w olimpijski bój 320 sportowców, którzy zdobyli 32 medale, plasując naszą ojczyznę na 10. miejscu w klasyfikacji medalwej. Klasyfikację niezapomnianych acz nieprzyzwoitych gestów pokazanych moskiewskiej publiczności, dzięki tyczkarzowi Wdysławowi Kozakiewiczowi, zdecydowanie wygraliśmy.

Dużo można by o tych pamiętnych igrzyskach napisać. Za cholerę jednak nie mogę dociec, dlaczego nazwę moskiewskiej olimpiady przyjął pewien bardzo obiecujący, powstały latem 2006 roku zespół z Filipin. W dodatku grający muzykę w stylu post-punk i shoegaze, co nijak do ideałów olimpizmu ani socjalizmu mi nie pasuje. Gdyby jeszcze jakiś filipiński sportowiec osiągnął tam legendarny, pamiętany przez pokolenia sukces. Tymczasem Filipiny nie uczestniczyły w olimpiadzie. W ogóle pewnie większości członków zespołu (5) albo jeszcze w 1980 nie było na świecie, a jeśli byli, to pewnie, jako dzieci, mało świadomi międzynarodowych wydarzeń. Nieistotne. Dziś na świecie są, nazywają się Moscow Olympics i grają kapitalną muzykę. Wprawdzie sportowcy z ich kraju nie zdobyli w Moskwie żadnego medalu, u mnie, w dyscyplinie "muzyka melodyjna", mają szanse na czołowe lokaty.

Moscow Olympics - Still (2007)