wtorek, 26 lutego 2008
W Kalifornii wcale nie musi być fajnie

Przykładowo, woda nie musi być wcale tak ciepła, a ratowniczki nie tak piękne, jak to nam przedstawiono w "Słonecznym patrolu". Gdzieniegdzie czai się rekin ludojad, który - inaczej niż Jożin z Bażin - nie preferuje Prażan, ale zjada równo wszystkich: Prażan, Warszawiaków, Nowojorczyków i Kalifornijczyków. "Szeryfem" jest tam Szwarzenegger, a najlepszym piłkarzem David Beckham. Wiatr wieje wtedy, kiedy nie trzeba. Kiedy podpalasz papierosa, przeszkadza, a kiedy zostajesz surferem, przestaje wiać. Na szczęście Kalifornia ma trochę fajnych, choć zupełnie nieznanych, zespołów muzycznych.

 

 
Further - Surfing Pointers (1994)
 
 
piątek, 22 lutego 2008
Muzyka i filozofia socjalizmu

The Shins

Przypadek to lub nie, ale już drugi spośród moich melodyjnych zespołów zatytułował piosenkę nazwiskiem filozofa socjalistycznego. W 2001 roku Belle and Sebastian nagrali piosenkę Marx and Engels, a dwa lata później melodyjni Amerykanie z The Shins przywołali w tytule jednej ze swych piosenek postać francuskiego socjalisty utopijnego z początku XIX wieku, Saint Simona. Nie chciałbym, by nurt muzyki melodyjnej kojarzony był z jakąkolwiek ideologią, dlatego liczę, że wkrótce - dla równowagi - znajdę dobrą piosenkę inspirowaną jakimś filozofem religijnym, np. Św. Augustynem.

Próbowałem wgryźć się w tekst piosenki Saint Simon, ale żadnego sensu - ani filozoficznego ani jakiegokolwiek innego - nie wydobyłem. Zawsze kiepsko interpretowałem poezję. Pewne podpowiedzi dała dyskusja na forum o sensach piosenek, ale i tam głosy bardzo podzielone. Nawiasem mówiąc, spodobało mi się na tym anglojęzycznym forum, że nikt nikogo nie wyzywał. Taka nowość. Myślę, że jakoś też zgodna z wizją społeczeństwa według Saint Simona.

Wypadałoby w końcu napisać coś o zespole The Shins. Bardzo fajny :)

 

 
The Shins - Saint Simon (2003)
 
 
 
wtorek, 19 lutego 2008
Nawracanie muzycznego konserwatysty

Sam do końca nie wiem, czy to, że generalnie nie lubię coverów, jest oznaką mojego (muzycznego) konserwatyzmu. Chyba tak. Jeśli przyjąć, że konserwatyzm stawia na tradycję, ciągłość i trwanie, to nielubienie coverów jest jakimś tam wypowiedzeniem się po stronie tradycji. Nigdy nie byłem konserwatystą i jest mi w tej nowej roli niezmiernie miło.

Nigdy też jednak nie lubiłem mówić "nigdy". Powiedzenie "nigdy" jest jakieś ślepe i nie ma sobie za grosz pokory. Moja pokora została oto kilka tygodni temu wynagrodzona, bo - wbrew mojemu sceptycyzmowi wobec coverów - usłyszałem bardzo podobający mi się cover. Co więcej, cover klasyka nad klasyki. Ba, piosenki granej wszędzie tak często, że aż, inaczej niż mówi jej tytuł, robi się nieładnie. Jeśli ktokolwiek mógł zrobić taki cover, to mogli być to tylko "Bandyci na BMX-ach".

 

 
The BMX Bandits - What a Wonderful World (1986) 
 
 
 
sobota, 16 lutego 2008
Piosenka oazowa

Oasis

Jeśli do grona melodyjnych gatunków muzycznych zaliczyłem britpop, to wśród prezentowanych tu zespołów nie może zabraknąć Oasis, być może czołowych przedstawicieli tego gatunku. Być może, gdyż rzesze fanów i britpopologów do dziś gorąco debatują nad tym, czy to Oasis, czy też może Blur jest grupą lepszą. To niesamowite, jak w Wielkiej Brytanii fani Oasis nie lubią Blur i na odwrót. Podobnego, dwustronnego antagonizmu Wyspy doznały wcześniej chyba aż w latach 60-tych, podczas młodzieżowej wojny The Beatles VS. The Rolling Stones. Aczkolwiek, jest pewnie niemała grupa osób szanujących dorobek i Oasis i Blur. Do grupy tej należę i ja. Chociaż... gdyby siłą zmusić mnie do powiedzenia, "kogo wolę", to ze względu na jednak bogatszy dorobek i większą, że tak powiem, bliskość mentalną, wskazałbym Blur.

Nie miałbym za to większych problemów z powiedzeniem, którego z braci Gallagherów bardziej lubię. Zdecydowanie mniej pozerski wydaje mi się Noel, dlatego też - w nagrodę - to on dziś zaśpiewa na Melodyjnie.

 

 
Oasis - Don't Look Back In Anger (1995)
 
 
 
czwartek, 14 lutego 2008
Piosenka dla ciężko zakochanych

Dziś swe święto obchodzą zakochani. W muzyce zakochanym i - szerzej - miłości poświęcono z pewnością najwięcej piosenek, najwięcej zdarto głosów, najwięcej popękało strun. Swoją drogą, jeśli miłość, przynajmniej sądząc po piosenkach, jest najważniejszą rzeczą w życiu, to czy 14. luty nie powinien być dniem wolnym od pracy? Widocznie nie. Ważniejsze, przynajmniej u nas, są takie rzeczy jak praca (1. maja), konstytucja (3. maja), święci (1. listopada), Maryja i Wojsko Polskie (15. sierpnia).

Spośród setek znanych mi piosenek o miłości szczególnie mądrą - według mnie - jej koncepcję prezentuje piosenka Goodnight Lovers zespołu Depeche Mode. Jest w niej wprawdzie mowa o romantycznych, "popkulturowych" aspektach miłości (zakochanie, piękno), ale tym, czym wyróżnia się dzieło "Depeszów", to zaakcentowanie miłości także jako poświęcenia, jako troski. No i, niestety, jako cierpienia ("When you're born a lover / You're born to suffer"). Hmm, może jednak słusznie konstytucja i Wojsko Polskie wygrywają z miłością?

 

 
Depeche Mode - Goodnight Lovers (2002)

 

wtorek, 12 lutego 2008
Karol Darwin i ja

Sto dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu, 12. lutego 1809 roku urodził się Karol Darwin, twórca teorii ewolucji, która zrewolucjonizowała biologię, naukę i w ogóle świat. W uproszczonej, ale jednak zasadniczo prawdziwej wersji, mówi ona, że – jako gatunek, biologicznie – pochodzimy od małpy. Znanymi założeniami teorii ewolucji są te o: ograniczonych zasobach (organizmy muszą konkurować ze sobą o różne zasoby), dostosowaniu (pewne cechy organizmów ułatwiają walkę o zasoby, a inne nie) oraz różnicowej przeżywalności (przetrwają najsilniejsi).

U samego Darwina, jako rywalizującego o przetrwanie przedstawiciela naszego gatunku, wyglądało to różnie. W sumie może nawet całkiem nieźle... Spośród jego dziesięciorga dzieci, George, Francis i Horace (odpowiednio: astronom, botanik i inżynier) zostali członkami the Royal Society, a Leonard ekonomistą, żołnierzem i politykiem!

 

 
Pearl Jam - Do The Evolution (1998)
 
 
 
PS. A dwadzieścia siedem lat temu, 12. lutego 1981, urodziłem się ja :)
 
 
sobota, 09 lutego 2008
Awanturniczy, hałaśliwy Jezus

The Jesus and Mary Chain

Pomimo Jezusa w nazwie, grupa The Jesus and Mary Chain, inaczej niż najsłynniejszy właściciel tego imienia, bynajmniej nie była przykładem łagodności czy wzorem postawy propokojowej. Całkiem przeciwnie, założona w 1984 roku w Glasgow przez braci Jima i Williama Reid'ów formacja znana była z tego, że jej koncerty często kończyły się bijatykami, a czasem też, jak w 1985 roku w Londynie, bijatykami się już zaczynały. Być może agresję publiczności wywoływał przekaz artystyczny muzyków. W początkach swej kariery lubili grać (czy raczej - dosłownie - hałasować) tyłem do publiczności, nie dłużej niż 15 minut, czasem na końcu rozwalając sprzęt.

Zawsze jednak tliła się gdzieś w pokładach ich buntowniczych dusz łagodność, dobroć, melodyjność :) Pomimo bowiem nieraz mocno przesterowanych gitar, w muzyce swej jak najbardziej dostrzegali to, co w muzyce w ogóle jest najpiękniejsze, czyli melodię. A po latach, ich piosenka Just Like Honey, zakończyła nie-awanturniczy, spokojny, subtelny film Sofii Coppoli, "Między słowami".

 

 
The Jesus and Mary Chain - Just Like Honey (1985)
 
 
 
PS. A Zofia za promocję na Melodyjnie już drugiego jej filmu powinna się chociaż z podziękowaniami wpisać.
 
 
środa, 06 lutego 2008
Podwórkowe miłości
 
Ciekawe, ilu spośród ponad 6 milionów Polaków zarejestrowanych na Naszej-klasie.pl, udało się odnaleźć swoje dawne miłości z liceum, podstawówki, a może i podwórka. Większości pewnie nie. Może to i dobrze, bo miłość w młodym wieku, choć podobno niewinna, to często (zbyt) intensywna. Wiedzą coś o tym młode bohaterki pięknego filmu Sofii Coppoli "Przekleństwa niewinności" (The Virgin Suicides). Choć z tego, co pamiętam, nie wszystkie ginęły "z miłości", to w miłości z pewnością szczęścia nie miały. Dlatego też, gdyby dożyły naszych czasów i miały Naszą-klasę, chyba nie szukałyby na niej swoich podwórkowych sympatii.
 
 
Air - Playground Love (2000)
 
 
 
niedziela, 03 lutego 2008
Pojęcie kosmosu w muzyce

Chris Bell

Amerykańska agencja kosmiczna NASA chce uczcić 50-lecie swojego istnienia wypuszczając w kosmos piosenkę Beatelsów Across the Universe. Nadajniki, które piosenkę mając zagrać/wysłać, nakierowane zostaną na Gwiazdę Polarną. Z pewnością w kosmicznych sklepach sprzedaż albumów czwórki z Liverpoolu osiągnie szczyty, a kolejki kosmitów rozciągną się daleko poza kosmiczne sklepy muzyczne.

Pojęcie kosmosu odmienne od beatelsowskiego przyjął amerykański muzyk z lat 60-70, Chris Bell (niegdyś członek power popowej grupy Big Star). W jednej ze swych piosenek odwołał się do filozoficznej wizji kosmosu jako wewnętrznego świata jednostki. Wizja ta, upraszczając, mówi, że kosmos jest w każdym z nas, co jest niewątpliwą nobilitacją gatunku ludzkiego.

 

 
Wizja kosmosu Chrisa Bella - I am the Cosmos (1978)
 
 
 
 
Wizja kosmosu Beatelsów - Across the Universe (1970)
 
 
piątek, 01 lutego 2008
Męska przyjaźń nad rwącą rzeką

Simon & Garfunkel

Poznali się w podstawówce, w 1953 roku, kiedy obaj grali w szkolnym przedstawieniu "Alicja w krainie czarów". Paul Simon był Białym Królikiem, a Art Garfunkel Kotem Cheshire. Odkrywszy wspólne fascynacje muzyczne, zaczęli pierwsze występy na szkolnych potańcówkach. Początkowo nazywali się Tom & Jerry i nie wiem, czyim pomysłem była zmiana nazwy na Simon & Garfunkel, ale wiem, że był to pomysł dobry.

Przez wiele lat wspólnej muzycznej drogi nie raz mieli siebie dość. Rozstawali się i schodzili kilka razy, jak para - nie do końca szczęśliwie, a jednak jakoś - zakochanych. Coś bowiem musiało ciągnąć ich ku sobie. Coś muzycznego, dodam dla pewności :) Ciągnęła też do nich publiczność. Po ich "zejściu się" w 1981 roku, na koncert w Central Parku 19. września przyszło pół miliona ludzi. Dobrze, że pomimo nieporozumień (rwącej, wzburzonej rzeki), potrafili budować między sobą most. Most łączący dwa wielkie muzyczne, melodyjne talenty.

 

 
Simon & Garfunkel - Bridge Over Troubled Water (live, 2003)