sobota, 27 lutego 2010
Surowość iPoda, wyrafinowanie prerii

Spędziłem niedawno cztery dni w Londynie, w Anglii, w tej ojczyźnie (wespół z USA) wspaniałości muzycznych, na tej ziemii, która wydała tak wiele fantastycznych zespołów. Już samo wyruszenie z domu zaczęło się dość muzycznie, bowiem w drodze na lotnisko, w autobusie linii nr 175 postanowiłem posłuchać sobie - inaczej niż zwykle, kiedy słucham gadania - muzyki. Wystarczyło kilka losowo wybranych, ale w końcu z mojej listy, więc sprawdzonych, piosenek, bym zapomniał o czasie muzycznej ciszy, o którym pisałem poprzednio.

Muzycznym wydarzeniem pobytu w Londynie był zakup płyty CD. Dokonałem tego na olbrzymim targu w Camden Town, gdzie można kupić chyba wszystko (oprócz, rzecz jasna, miłości, przyjaźni i butów Relaks). Płyta CD... Ostatnio doszedłem do wniosku, że chyba żadnej innej sfery mojego życia postęp technologiczny nie zmienił tak bardzo, jak słuchania muzyki. Od kaset magnetofonowych, poprzez płyty CV, MP3 na komputerze, aż po MP3 w iPodzie.

Zakup dokonany na angielskiej ziemii, a płyta bardzo, bardzo amerykańska. Właściwie dwie płyty: "American Folk Anthology". Proste granie, prościej byłoby już trudno. Surowość resztek Dzikiego Zachodu i prerii, ale z nutą delikatności. I doszło do tego, że zaawansowanemu technologicznie iPodowi przyszło grać taką oto prostą piosenkę.


Woody Guthrie - House of the Rising Sun (1941)

 


13:30, chigliack
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lutego 2010
Ćśśś

Minione dwa tygodnie bez wielkich muzycznych uniesień. Nawet nie tylko bez wielkich - w ogóle bez uniesień. A nawet... a nawet prawie w ogóle bez muzyki. Po pracy i przedarciu się tramwajem przez głośne ulice Warszawy do domu bardzo smakuje mi cisza. Chyba różnie się tu od większości osób, które znam. Zwykle muszą one mieć jakieś dźwięki w tle: muzykę, radio, telewizor. A mi często wystarcza cichy szum mojego laptopa, lub wręcz w ogóle cisza.

Nawet w kościele od zawsze podobało mi się bardziej, gdy było cicho. Do tego mocno zgadzam się z zasłyszanym kiedyś powiedzeniem, że przyjaźń zaczyna się tam, gdzie cisza wystarcza. A na dodatek, jednym z moich ulubionych dowcipów jest ten, w którym w pewnej rodzinie urodziło się dziecko-niemowa. Pogodzili się z tym. Mijały lata, dziecko nie mówiło, aż któregoś dnia, w niedzielę, przy obiedzie chłopiec spytał "Gdzie jest kompot?". Szok, konsternacja, radość. "Synku, dlaczego przez tyle lat nie mówiłeś"? "Bo zawsze był".


Grzegorz Turnau - Między ciszą a ciszą (1995)

 


piątek, 05 lutego 2010
Klasyk socjologiczno-muzyczny (Dylan)

Dni i tygodnie te to u mnie ciężka, bo cholernie monotonna praca nad przygotowaniem do druku mojego doktoratu. Ślęczenie nad przypisami, hasłami w indeksie rzeczowym, bibliografią, czytanie chyba po raz setny swoich wypocin sprzed kilku już lat. Jeśli za archetyp pracy uznać zajęcie ciężkie, niewdzięczne, nudne; jeśli początkiem wszelkiej pracy na świecie było wyrzucenie Adama i Ewy z Raju, kiedy Bóg kazał im pracować. To moja praca nad tą książką spełnia te kryteria.

Doktorat był z socjologii i mówił o teorii tłumaczącej przemianę ludzkich wartości, w miarę tego jak społeczeństwa stają się coraz zamożniejsze i bardziej rozwinięte cywilizacyjnie. W jakim kierunku zmierza przemiana wartości, o ile społeczeństwo modernizuje się. I dlaczego zmierza w takim kierunku. Co sprawia, że mamy wartości inne od naszych rodziców, a jeszcze bardziej inne od pokolenia naszych dziadków.

Bywają artyści nie gorzej opisujący przemiany społeczne od socjologów. Bob Dylan w piosence "Times They Are a-Changing" intuicyjnie i geniealnie oddał wielką, pokoleniową zmianę w wartościach i postawach, jaka uwidoczniła się zwłaszcza w latach 60-tych. Dzieci zaczęły myśleć wyraźnie inaczej niż ich rodzice.

Come mothers and fathers

Throughout the land

And don't criticize

What you can't understand

Your sons and your daughters

Are beyond your command

 

Bob Dylan - The Times They Are A-Changing (1964)

 


Tagi: bob dylan
21:09, chigliack
Link Dodaj komentarz »