piątek, 30 listopada 2007
Koledzy Badly Drawn Boya - Alfie

 

Jaką muzykę, jeśli nie niewinną, może grać zespół nazywający się Alfie? Piątka z Manchesteru nawet jeśli momentami zdobyła się na odwagę i w porywie muzycznej ekstazy pozwoliła sobie na cięższe riffy, dla mnie zawsze była zespołem bardzo kulturalnym i ułożonym. A może po prostu wyrobiłem sobie o nich taką opinię, odkąd zobaczyłem, że w składzie mają wiolonczelę? Sprawiedliwe to więc czy nie, Alfie pozostanie dla mnie zespołem na zawsze miłym i eleganckim, stworzonym do występów unplugged. Koledzy Badly Drawn Boya, dzięki któremu zaczepili się w wytwórni o nazwie Twisted Nerves, wybitnie nie pasującej do kojącego i relaksującego stylu Alfie.

Piękne w brytyjskiej muzyce rockowej jest nie tylko to, że wydaje takie - nieznane u nas raczej - zespoły jak Alfie. Równie piękne i optymistyczne to, że tych zespołów, ciągle niepoznanych, są tam tysiące. Jeden z nich, od dwóch lat już nie istniejący, ale swoją cegiełkę w gmachu muzyki melodyjnej mający, niniejszym prezentuję.

'You Make No Bones' (2001)
'No Need' (2003)
'People' (2003)
Alfie na MySpace.com

 

poniedziałek, 26 listopada 2007
Jak orzechy - My Bloody Valentine

 

Zespół na pozór nie pasujący do dotychczas prezentowanych na Melodyjnie.blox.pl. Gra bowiem muzykę na pierwszy "rzut ucha" brudną, chropowatą, trochę nieprzystępną – inną niż większość generalnie wygładzonych i zwykle łatwo wpadających w ucho kapel tu opisywanych. Jednak każdy, kto ma choć trochę wrażliwości na melodię, spod rzężąych i warczących gitar My Bloody Valentine wydobędzie ją.

Założeni w 1984 roku Dublinie, sporo czasu spędzili, szukając swego miejsca i cierpliwego wydawcy, w Holandii, w Berlinie, by wreszcie osiąść w Londynie, gdzie znalazł się taki. Jedynie dwa (do dziś) pełne albumy, ale ten drugi „Loveless” z 1991 roku, uważany przez niektóre media w UK za jeden z najwybitniejszych albumów rockowych lat 90-tych.

Wydobyta spod rzężących i warczących gitar My Bloody Valentine melodia może smakować nawet bardziej niż melodia podana na tacy, wyraźna, łatwa. Trochę jak z orzechami: mi bardziej smakują te, które sam muszę wyłuskać.


'Cigarette in Your Bed' (1988) - fajny, coś w sobie mający teledysk
'Soon' (1990)
'Sometimes' (1991) - z dobrego, coś w sobie mającego filmu

 

piątek, 23 listopada 2007
Piosenka z reklamy - Babybird

 

 

Oglądając czasem telewizję, zwykle wyciszam telewizor, gdy pojawiają się reklamy. Jest wtedy bardziej miło i mniej nachalnie. Czasem wydaje mi się wręcz, że telewizja bez dźwięku jest mniej głupia i całkiem OK. Aczkolwiek, kto wie, może poprzez wyciszanie reklam pozbawiam się czasem możliwości odkrycia jakiegoś ciekawego zespołu, grającego dobrą, melodyjną muzykę.

Gdyby nie telewizja i reklamy (no i internet), pewnie nie odkryłbym zespołu Babybird. Ich piosenka „You’re Gorgeous” upiększyła dość dawno już temu reklamę jakiegoś (chyba) samochodu. Piosenka opowiada ponoć o ślicznej modelce, w której – oglądając katalog – zakochał się frontman Stephen Jones i jest najbardziej znanym dziełem Babybird, tak znanym, że niektórzy dzielą historię grupy na "do You're Gorgeous" i "po You're Gorgeous".

Sprawdzę kiedyś pewnie inne dokonania Babybird. Nawet jeśli nie okażą się tak dobre jak „You’re Gorgeous”, to i tak dla tej piosenki warto było wtedy obejrzeć tamtą reklamę tego (chyba) samochodu.


'You're Gorgeous' (1996) 

 

niedziela, 18 listopada 2007
Żołnierze brytyjskiej inwazji - The Hollies

 

Inwazja nie kojarzy się raczej z niczym pozytywnym. Na przykład inwazja bakterii czy inwazja militarna  rzadko takimi są. Miała jednak w historii miejsce jedna inwazja, która dla ludzkości, a zwłaszcza dla muzyki, a już zwłaszcza dla muzyki melodyjnej, przyniosła wiele dobrego. To inwazja brytyjska muzyczna (british invasion) lat 60-tych. Jedną z armat owej inwazji był zespół The Hollies, założony w 1963 roku przez Allana Clarke'a i Grahama Nasha.

Panowie poznali się w wieku 5 lat w jednym z manchesterskich przedszkoli, gdzie Graham był podobno jedynym dzieckiem, które pozwoliło nowemu-Allanowi siedzieć obok siebie. Chłopcy muzykowali, śpiewając głównie w chórach, by na początku lat 60-tych założyć the Hollies. Nie pamiętają już dziś, skąd wzięła się nazwa, czy na cześć amerykańskiego protoplasty rock&rolla Buddy Holly'ego, czy może zainspirowana była świątecznymi dekoracjami (kosodrzewem - holly) w domu Grahama. Kto by tam teraz o to dbał?

'I'm Alive' (1964)
'Carrie-Ann' (1967)
'Air That I Breathe' (?)


 

niedziela, 11 listopada 2007
Australijscy melodyjni posłańcy - The Go-Betweens

Go-between to po angielsku "pośrednik", "posłaniec", geneneralnie osoba, która przekazuje informacje pomiędzy dwiema stronami, które nie chcą lub nie mogą się spotkać. Australijski zespół The Go-Betweens nazwę ma więc jak najbardziej adekwatną dla tych, którzy nie mogli spotkać się z surową, ale i melodyjną, rockową muzyką lat 80-tych, zwłaszczą tą pochodzącą z Antypodów.

Założeni w 1977 roku przez panów Roberta Fostera i Granta McLennana. Ponoć ten pierwszy na samym początku musiał namawiać tego drugiego, żeby nauczył się grać na basie. Opłacało się. Wkrótce dołączyła do nich perkusistka Lissa Ross, wcześniej zaciekle broniąca praw Aborygenów. Generalnie bardzo ciekawe grono, co widać na niektórych teledyskach - wyglądają jakoś tak niedzisiejszo i cudacznie, nawet jak na odległe lata 80-te.

Gwoli ścisłości trzeba wspomnieć, że zespół, po rozwiązaniu w 1989, reaktywował się w 2000, chyba nawet całkiem udanie. Kontynuował legendę do 2006 roku, kiedy to serce McLennana postanowiło, że jego właściciel będzie muzykował od teraz na tamtym, może i też muzykalnym i melodyjnym, świecie.


'Cattle and Cane' (1983)
'Bachelor Kisses' (1984)
'Right Here' (1987)
'Bye Bye Pride' (1987)
'Streets of Your Town' (1988)


 

czwartek, 08 listopada 2007
Klient nasz pan - The Clientele
 

 

Był sam początek lat 90-tych, kiedy w jednej z londyńskich szkół Alasdair MacLean zobaczył napis „Felt” na piórniku swojego klasowego kolegi, Jamesa Hornseya. Napis ów był nazwą kultowego dla obu uczniów zespołu, toteż – widząc wspólnotę muzycznych fascynacji - niedługo potem zaczęli próby. Początkowo stworzony przez Londyńczyków zespół nazywał się "The Butterfly Collectors", by po kilku latach i małych perypetiach ze składem, w 1997 roku nazwać się ostatecznie "The Clientele" i rozpocząć podbój... Ameryki.

Właśnie tam bowiem Klientela znalazła większy „posłuch” niż w swojej ojczyźnie, Anglii. Pewnie to dlatego, że w USA mieści się ich wydawca, firma Merge Records, ale i tak fakt udanej inwazji brytyjskiego zespołu poza-mainstreamowego na Amerykę ciekawy.

Muzyka The Clientele to gitarowe, melodyjne retro z domieszką psychodelii. Głos wokalisty MacLeana jest gdzieś w tle, gdzieś spoza, wydobywa się jakby zza londyńskiej mgły. Bez wątpienia zespół ma swój unikalny styl. I jakoś pasuje mi on do panującej nam miłościwie na półkuli północnej jesieni.


'Reflections After Jane' (2000)
'6am Morningside' (2000)
'House On Fire' (2003)

 

niedziela, 04 listopada 2007
Wielkie umelodyjnienie - Yanina

 

Janusz Yanina Iwański - urodzony w 1956 roku w Częstochowie muzyk jazzowy i rockowy, gitarzysta, kompozytor, autor tekstów i wokalista. Współzałożyciel zespołu Tie Break, współpracował m.in. ze Stanisławem Sojką, Maanamem i Zbigniewem Preisnerem, kompozytor muzyki do filmów i sztuk teatralnych. Ogółem "maczał palce" w ponad 35 płytach!

Dla mnie jednak to przede wszystkim autor pięknej piosenki "Wielkie podzielenie", która latem 1994 podbiła rockową, melodyjną Polskę, wygrywając nawet sierpniową edycję ówczesnej "Telewizyjnej Muzycznej Jedynki". Od zawsze coś mnie w tej piosence urzekało, jakaś lekkość, przyciągające współbrzmienia i chwytliwa, prosta melodia.

Jak na piosenkę artysty pochodzącego z Częstochowy przystało, jej słowa początkowo wzywają do wstrzemięźliwości ("Czekaj więc / Owoc dojrzeje"). Aczkolwiek, w finale zwyciężają ideały rock-and-roll'owe ("Kochaj kochaj / Szalenie szalenie"). Miłość więc prawie we wszelkich wymiarach.

'Wielkie podzielenie' (1994)

 

czwartek, 01 listopada 2007
Zespół odkryty dwa razy - Echo & The Bunnymen

Zespół odkryty przeze mnie dwa razy. Po raz pierwszy, jeszcze w LO, w latach 90-tych. Stacja RMF FM, kiedy jeszcze nie była tak beznadziejnie plastikowa jak dziś, puściła kawałek "Rust". Niestety, wówczas angielski znałem jeszcze na tyle słabo, że nie wiedziałem, iż wyraz wymawiany jako "ikou" to angielskie "echo", zatem nie mogłem w żaden sposób dotrzeć do zespołu, który był autorem tej pięknej piosenki.

Piękne piosenki mają jednak to do siebie, że nawet usłyszane raz zadomawiają się w naszych muzycznych duszach na dobre, a może i na zawsze. Kilka lat po moim piewszym usłyszeniu "Rust", usłyszałem ją ponownie gdzieś na studenckiej imprezie domowej. Szybko zgłosiłem się do gospodyni imprezy z pytaniem o nazwę zespołu, a ta oświeciła mnie zarówno nazwą jak i poprawną jej transktypcją. Tym sposobem po raz drugi i już ostateczny odkryłem Echo & The Bunnymen.

Zespół o niesłychanie ciekawej historii. Jest w niej chyba wszystko: undergroundowe, post-punkowe początki, komercyjny sukces w latach 80-tych, odejście frontmana, tragiczna śmierć perkusisty na motocyklu, cudowna reaktywacja po latach... Są też przede wszystkim, i to najważniejsze, piękne melodyjne piosenki, jak wspomniana wyżej.

'Rust' (1999)