niedziela, 20 grudnia 2009
Trudny intymny związek z najlepszym polskim zespołem

Byłem w swoim życiu gdzieś na 20 koncertach rockowych. W tym na 7 (tyle zliczyłem) koncertach grupy Myslovitz. Wszystkie 7 odbywały się w trzech miastach, z którymi od 13 lat jestem związany: w Kielcach (1), w Lublinie (3) i w Warszawie (3). Pierwszy miał miejsce gdzieś w 1998-9 roku, ostatni w tym tygodniu, we wtorek, w warszawskim klubie "Stodoła" (który jest klubem podobno studenckim i chyba dlatego piwo w nim kosztuje 9 złotych...). 20 koncertów, w tym 7 Myslovitz. Nigdy nie wierzyłem w powiedzenie, że są kłamstwa, większe kłamstwa i jest statystyka. Nawet moja prosta statystyka koncertowa mówi wiele prawdy o tym, jaką rolę w moim muzycznym życiu pełni zespół chłopaków z Mysłowic.

Pełni, a raczej pełnił. Wtorkowy koncert bowiem uświadomił mi rzecz ważną i zarazem bolesną. Nasze muzyczne drogi się rozeszły i to dość dawno. W muzycznym naszym związku zauroczenie przypadło na dwie pierwsze płyty ("Myslovitz" i "Sun Machine"). Czas "Z rozmyślań przy śniadaniu" był szczytem miłości, był ślubem i miesiącem miodowym. "Miłość w czasach popkultury" to była typowa dla dojrzałego związku stabilność i zrozumienie. A dalej już tylko większe lub mniejsze, lecz coraz częstsze, rozczarowania. Mogę więc powiedzieć, że dobrze nam było ze sobą w latach 90-tych.

Gdy w którymś momencie wtorkowego koncertu, po kolejnych prośbach publiczności o "Peggy Brown", Artur Rojek zażartował, że nie będą dziś grali piosenek sprzed 1996 roku, byłem już zupełnie nie w humorze i żart mnie nie rozśmieszył. Nie był zresztą tak bardzo żartem, bo faktycznie starszych piosenek było malutko. Z płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu", dla mnie najlepszej w ich dyskografii, zagrali jedną piosenkę i to jakąś poślednią! Nie mam właściwie pretensji. To zrozumiałe. Zespoły się rozwijają, zostają topowymi grupami w Polsce, zaczynają grać muzykę wyrafinowaną. To tylko ja sobie tkwię w prostych melodiach, w nieugładzonych brzmieniach, w piosenkach na dwa chwyty. Nie zagraliście nic fajnego we wtorek. To ja sobie sam zagram, z płyty - gdybyście zapomnieli - "Z rozmyślań przy śniadaniu".

Myslovitz - Zwykły dzień (1997)

 


Tagi: Myslovitz
21:13, chigliack
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2009
Heca

Oto piosenka, dzięki której któregoś dnia w minionym tygodniu w drodze do pracy zrobiło mi się bardzo miło. Muzyka My Bloody Valentine - połączenie z jednej strony chropowatości, surowości i twardości, a z drugiej melodii i delikatności - jest trochę jak samo życie. Był to w ogóle mini-tydzień z tym zespołem. Wczoraj piosenkę "Soon" zagrali w centrum handlowym "Złote Tarasy", w sklepie odzieżowo-młodzieżowym. Taka heca!

My Bloody Valentine - What You Want (1991)