niedziela, 29 marca 2009
Porażka

Z dwóch moich wielkich pasji - piłki nożnej i muzyki - zdecydowanie to ta druga dostarcza wrażeń nie tylko przyjemnych, ale też stale przyjemnych. Oglądanie meczów piłkarskich to rzecz, jeśli chodzi o potencjalną czerpaną radość, ryzykowna, a w przypadku reprezentacji Polski nawet wysoce niepewna. Muzyka za to, choć może nie dostarcza wrażeń aż tak intensywnych, to na tyle przyjemnych i (przede wszystkim) stałych, że kto wie, czy całościowo nie dała mi w życiu - dobrego - więcej.

Dostrzegam nawet jakąś niesprawiedliwość w tym, że jeśli idzie się na koncert rockowy, to będzie on, mniej lub bardziej, przeważnie jednak bardziej, udany. Inaczej z meczem piłkarskim - tu już na dwoje babka wróżyła. Może być albo bardzo fajnie, albo bardzo źle. Jeśli przytrafiło ci się, że jesteś z Polski i kibicujesz piłkarzom ubranym na biało-czerwono, w tych dniach za dobrze nie jest.

Beck - Loser (1993)

 

niedziela, 22 marca 2009
Jeżowce

We wpisie tym nie przekażę żadnej ważnej ani głębszej myśli. Nie będzie też notka ta - ani prezentowany zespół - odnosić się w jakikolwiek sposób do tego, co u mnie słychać. Ot, chciałbym po prostu napisać o fajnym zespole z przełomu lat 80-90 z Anglii, który nazywał się The Sea Urchins (po polsku: Jeżowce). Ich chyba największy przebój, piosenka "Pristine Christine", była pierwszym singlem wydanym przez legendarną wytwórnię Sarah Records.

Jeżowce to podwodne, kolczaste, ale podobno jadalne i smaczne zwierzęta. Prawdę mówiąc, dużo więcej w internecie informacji o jeżowcach-podwodnych stworzeniach niż Jeżowcach-zespole rockowym z Anglii. Wykorzystując to, napiszę może jeszcze, że w miejscach, gdzie występują jeżowce, Wikipedia radzi kąpać się "z butami, które mają twarde gumowe podeszwy, gdyż wdepnięcie na jeżowca może być bolesne, ale nie niebezpieczne dla zdrowia". No i że należą do typu szkarłupni.

 
The Sea Urchins - Pristine Christine (1987)
 
 
 
niedziela, 15 marca 2009
W poszukiwaniu traconego czasu

Czasu coś mało ciągle mam. A to to, a to tamto. Wiem niby, jakoś tam czuję, że mamy tyle czasu, ile chcemy mieć, że mieć lub nie mieć czasu to pewien stan umysłu, ale póki co nie mam czasu (sic!) się nad tym dokłaniej zastanowić.

Braku czasu doświadczali, wydając w 1991 roku jedną ze swoich najsłynniejszych płyt, REM. Doskwierało to ponoć tak bardzo, że płytę tą wielki (wówczas) kwartet postanowili nazwać "Out Of Time". Płyta to przełomowa w karierze zespołu. Od niej rozpoczęła się prawdziwie światowa sława Michaela Stipe'a i kolegów. Dwie najbardziej rozpoznawalne piosenki płyty to "Shiny Happy People" i "Losing My Religion". Wydaje mi się, że częściej gości w stacjach ta druga i, szczerze mówiąc, nie witam jej z wielkim entuzjazmem (chyba znudziła mi się). Jest za to na wspomnianym albumie piosenka mniej znana szerszej publiczności, którą kto wie, czy nie lubię najbardziej na całej płycie. Nie wiem, czy kiedykolwiek mi się znudzi. Czas - o ile go będę miał - pokaże.

 
R.E.M. - Near Wild Heaven (1991)
 
PS. Przepraszam za tę chwilę reklamy przed teledyskiem, ale dostałem za jej umieszczenie kupę pieniędzy.
 
 
 
 
niedziela, 08 marca 2009
Dni

Nie tak dawno wysławiałem muzyczne talenty Szwedów, przypominając swą młodzieńczą fascynację, zespół Eggstone. Proroczym był wpis ów, albowiem parę dni temu kolejną wspaniałą grupę z kraju naszych zamorskich sąsiadów odkryłem. Nazywają się zwyczajnie - Days. Taka też ich muzyka - prosta, bezpretensjonalna i, nie zgadniecie, melodyjna. Melodyjna, że hoho! Delikatność, subtelność tych dźwięków trochę wyjaśnia, dlaczego to w Szwecji wychowywały się np. dzieci z Bullerbyn.

Days - Downhill (2008)

Days na MySpace
Days na Last.fm

 

środa, 04 marca 2009
Wczesna wiosna na Abbey Road

Mówili mi, bym odwiedził Covent Garden, Soho, zobaczył Pałac Buckingham, Big Bena i Tower Bridge. Ja tam wiedziałem, że muszę pójść na Abbey Road i zobaczyć, jak wygląda dziś owa słynna ulica ze zdjęcia z okładki płyty The Beatles, płyty noszącej tytuł "Abbey Road" właśnie. Wygląda tak. I cieszy się, jak widać, sporym zainteresowaniem. Jest mało ruchliwa, ale akurat ci ze zdjęcia mieli pecha - co rusz nadjeżdżał samochód, uniemożliwiając im zrobienie zdjęcia a la Beatelsi. Uciekali w popłochu, było zabawnie.

Ucieka też zima. Może nie w popłochu, skoro zdążyła mnie jeszcze uraczyć przeziębieniem. Ale ucieka. Jedną z piękniejszych piosenek mówiących o odejściu zimy jest kompozycja George'a Harrisona, właśnie z płyty "Abbey Road". Z tego co pamiętam, to druga, oprócz "Something", wyłącznie jego piosenka na płycie. Swego czasu, po tych dwóch piosenkach, zacząłem uważać Harrisona za równego McCartneyowi i Lennonowi. Dziś nie mam co do tego wątpliwości.

 
The Beatles - Here Comes The Sun (1969)
 
 
 
niedziela, 01 marca 2009
Zderzenie z double-deckerem

Dwie rzeczy szczególne lubię, kiedy jestem w Anglii. Pierwsza to ta, że całkiem przyzwoicie mówią tam po angielsku, czyli w jedynym obcym języku, jaki w miarę znam. Druga to ta, że z Anglii wywodzą się fantastyczne zespoły muzyczne. Bez wątpienia to Anglia, czy szerzej Wielka Brytania, jest moją muzyczną ojczyzną. Nie wiem, czy kiedykolwiek znajdę wyjaśnienie faktu, że nad Tamizą grało i gra dziesiątki zespołów grających moją muzykę, a nad Wisłą - kilka... (Nie przypominam sobie, by moja mama była na wycieczce w Anglii w 1980 roku). 

Ostatni wypad do stolicy Zjednoczonego Królestwa nie przyniósł wielkich odkryć muzycznych. Teraz zespoły odkrywa się w internecie. Jechałem za to, po raz pierwszy, double-deckerem i to od razu na piętrze. Muzycznie, z tym typem autobusu kojarzy mi się refren pięknej piosenki The Smiths "There Is a Light That Never Goes Out":

And if a double-decker bus
Crashes into us
To die by your side
Is such a heavenly way to die

Ot, takie tam pozytywne historie. Mam nadzieję, że piosenka nie gości często w brytyjskich stacjach radiowych i nie słuchają jej (a w każdym razie nie przysłuchują się refrenowi) kierowcy słynnych londyńskich, czerwonych autobusów.



 
The Smiths - There Is a Light That Never Goes Out (1986)