niedziela, 27 kwietnia 2008
Kwiecień plecień

Przerywamy nadawanie audycji beatelsowej, bo oto pojawiła się piosenka, która jeszcze tylko trzy dni aktualną będzie. Za trzy dni skończy się miesiąc kwiecień - niebo nad nami już nie kwietniowe (bardzo piękne ostatnio), a majowe będzie. Kwietniowe niebo ma to do siebie, że może zaoferować całe bogactwo pogodowego urodzaju: od śniegu, poprzez deszcz, grad, aż po prawie letnie słońce (hurra!). W przypadku bohatera poniższej piosenki kwietniowe niebo było prawdopodobnie świadkiem jego nieporozumień z ukochaną. Rzecz pewna, że doświadczył wielu zgryzot, ale uczucia swe wyśpiewał dzielnie.

 

 
Jesus and Mary Chain - April Skies (1987)
 
 
czwartek, 24 kwietnia 2008
Kto nie ma szczęścia w miłości...

Paul McCartney

Skoro dwa poprzednie wpisy poświęciłem dwóm Beatelsom, niech zrobi się z tego czteroczęściowa saga, niech każdy z wielkiej czwórki ma na Melodyjnie swoje miejsce. Dziś pora na mojego imiennika, Paula McCartneya. Wraz z Johnem Lennonem byli autorami zdecydowanej większości utworów The Beatles. Trochę upraszczając sprawę, można powiedzieć, że o ile Lennon nadawał piosenkom (zwłaszcza późniejszym) pikanterię, ostrość i "rockowość", to McCartney harmonię, przebojowość, melodyjność i "popowość". Czy więc McCartney - muzycznie - bliższy jest ideałom bloga Melodyjnie? Statystycznie (tzn. więcej piosenek wpadająych w ucho) może i tak. Jeżeli jednak dodać to "coś", co miał Lennon (Ideologia? Yoko Ono? Okulary? Tragiczna śmierć?), trudno wskazać, kto bliższy. Bo i w sumie po co.

Nie wiem dlaczego, ale z Paulem McCartneyem najbardziej utożsamiam piosenkę Wonderful Christmastime. Wesoła, prosta, melodyjna, genialna. Na nią poczekacie do grudnia. Dziś piosenka o głupich piosenkach o miłości. Paul w miłości szczęście ma (zwłaszcza teraz) takie sobie. Zwróciło mu się w muzyce.

 

 
Paul McCartney & The Wings - Silly Love Songs (1976)
 
 
18:51, chigliack
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 kwietnia 2008

W Liverpoolu podoba mi się m.in. to, że lotnisko tam jest nazwane im. Johna Lennona. Co więcej, logo lotniska wzbogacone jest w napis "Above Us Only Sky", a więc w wers z być może najsłynniejszej piosenki ex-Beatelsa, Imagine. Nawiasem mówiąc, podróżując samolotem z Warszawy do Liverpoolu, odbywa się w podróż w pełni muzyczną, gdyż nasze lotnisko też za patrona ma muzyka (Fryderyka Chopina).

W muzeum Beatelsów "The Beatles Story", jak już pisałem, dane mi było widzieć biały fortepian z Imagine. W ogóle całe pomieszczenie zrobione jest na biało, niczym w malowniczym domku Johna i Yoko z teledysku. Zdjęć tam robić nie wolno, ale moja odważna dziewczyna, za nic mając takie nakazy (zupełnie w duchu Johna Lennona), taką oto fotę zrobiła:

A czy to faktycznie ten sam fortepian? Mówią, że tak.

 

 
John Lennon - Imagine (1971)
 
 
 
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Ringo pochodzi od pierścionków

Tak jak obiecywałem, tak zrobiłem: weekend spędziłem w - jak to mówią niektórzy - Liverpurze. Wyjazd stał pod znakiem Beatelsów, meczu Liverpool-Blackburn (byłem!) i zakupów (kupowałem!). Wątek beatelsowski to przede wszystkim wizyta w muzem "The Beatles Story". Pomyślane jest ono w ten sposób, by odwiedzający poruszali się zgodnie z chronologią wypadków, które sprawiły, że czwórka z Liverpoolu podbiła świat. Zaczyna się więc od kart porodowych całej czwórki (wszyscy urodzili się podczas wojny), a kończy na białym fortepianie Lennona, na którym grał w teledysku do Imagine. Wszystko multimedialne i efektowne, dokładnie jak w Muzeum Powstania Warszawskiego, z tą różnicą, że w "The Beatles Story" wiadomo, kto wygrał i że - przede wszystkim - wygrał.

Czy czegoś ciekawego się tam dowiedziałem? Tak. To dziwne, ale ja, wielki fan Beatelsów, dotychczas nie wiedziałem, skąd wziął się pseudonim Ringo Starra (naprawdę perkusista wielkiej czwórki nazywał się Richard Starkey). Otóż w młodości miał zamiłowanie do pierścionków. Przyznam, że z całej czwórki Pana Ringo jakoś najmniej hołubię. W końcu perkusja, choć bezcenna, to instrument raczej mało melodyjny. Ma jednak Ringo to szczęście, że (gościnnie:) wykonuje jedną z moich ulubionych piosenek Beatelsów, With A Little Help From My Friends. Za to na zawsze będzie wielki, a oprócz tego znajdzie się też na Melodyjnie.

Swoją drogą, dziarski dziś z niego 68-latek (zdjęcie z 2007 roku)



 

 
The Beatles - With A Little Help From My Friends (1967)
 
 
środa, 09 kwietnia 2008
Człowiek w czapce

Badly Drawn Boy

Wybieram się pojutrze do Liverpoolu (pielgrzymka), zatem pora na wykonawcę angielskiego. Badly Drawn Boya poznałem w jakimś 2000-2001 roku, w Programie 3 Polskiego Radia, w audycji Pawła Kostrzewy, nazwanej, zdaje się, Muzyczny Ekspres. Pierwszą płytę brytyjskiego artysty, The Hour of Bewilderbeast (2000), kupiliśmy z siostrą na tzw. spółę. Potem był z tym pewien kłopot, bo każdy chciał, by płyta to właśnie u niego w pokoju leżała na półce. Dziś w domu oboje bywamy co jakiś czas, a płyta - mam wrażenie - i tak jest konsekwentnie przenoszona od czasu do czasu z pokoju do pokoju. Dziwnie jest być współwłaścicielem płyty.

A ten Badly? Miły muzyk. Chodzi non-stop w czapce. Jeśli w dzieciństwie było tak samo, mama nie miała z nim pod tym względem kłopotów. Dziś, z powodu ciągłego noszenia czapki, nigdy nie jeździ na urlop do ciepłych krajów. Wygrzewa się nad Tamizą. Poza tym, po co komu ciepłe kraje, skoro ma się gitarę i umie się wymyślać ciekawe melodie?

 

 
Badly Drawn Boy - Once Around The Block (2000)
 
 
 
sobota, 05 kwietnia 2008
Bogini na autostradzie (być może)

Od zawsze myślałem, że słowa jednej z najpiękniejszych piosenek Mecury Rev, "Goddess on A Highway", są wezwaniem do ostrożnej jazdy samochodem. Jest tam bowiem mowa o bogini jadącej autem po autostradzie, jadącej szybciej niż kiedykolwiek, i o tym, że ten stan nie będzie trwał (it ain't gonna last). Może to fatalistyczny pierwiastek mojej natury, ale byłem pewien, że bogini w którymś momencie traci panowanie nad pojazdem i ląduje w oceanie (bo i o nim jest mowa w piosence).

Tymczasem, dziś pierwszy raz zobaczyłem tekst piosenki (wraz z interpretacjami) i już w pierwszym wersie jest "Well I got us on a highway" (choć później o bogini też jest). Czyli, jak to u poetów, interpretacji może być wiele, a każda uprawniona. Albo jak w czeskim filmie, gdzie - według potocznej, ale nieprawdziwej opinii - nikt nic nie wie.

 

Mercury Rev - Goddess On A Hiway (1998)

 

wtorek, 01 kwietnia 2008
Niepoważne futrzaki

Super Furry Animals

Zespół Super Furry Animals wyłonił się z niebytu w 1993 roku, towarzysząc walijskiej rockowej inwazji lat 90-tych, której przedstawicielami byli jeszcze m.in. Catatonia, Gorky's Zygotic Mynci oraz - z pewnością najsłynniejsi z tego grona - Manic Street Preachers. Tym, co wyróżniało SFA, było bardziej, by tak rzec, luźne podejście do kwestii pozamuzycznych. Też, jak Manic Street Preachers, mają "ciągotki lewicowe", ale traktują to wszystko mniej serio. Inne objawy ich "odjechania" to np. tytuł pierwszej EP-ki, który brzmiał tak jak brzmiał (lub wręcz nie brzmiał), wyłącznie po to, by zaistnieć w Księdze Rekordów Guinessa: "Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyndrobwllantysiliogogogochynygofod (In Space)". Latem 1996 roku na festiwale przyjeżdżali zawsze w wielkim czołgu.

Dziwne i ciekawe koleje rzeczy miały miejsce z językiem, w jakim śpiewali SFR. Na początku śpiewali po walijsku. Potem, chcąc szerzej zaistnieć w brytyjskich stacjach radiowych, spróbowali po angielsku. Jako że sukces nie był olśniewający, wrócili do walijskiego. "Skoro nie puszczają naszych piosenek, to lepiej, żeby nie puszczali ich po walijsku" - powiedział wokalista i gitarzysta Gruff Rhys. Cóż, język nieważny, kiedy muzyka melodyjna i znakomita.

 

 
Super Furry Animals - (Drawing) Rings Around the World (2001)