niedziela, 26 kwietnia 2009
(Nie)pędzący rower

Kupiłem sobie rower. Używany, z lat 80-tych, niemiecki. Jest jednak tak ładny, że zupełnie nie wygląda, jakby przybył z Niemiec. Nie ma biegów, przez co może być mniej wygodny niż rowery z biegami i innymi bajerami, ale przecież jeśli chciałbym jeździć wygodnie, to kupiłbym sobie samochód. Po zrobionej jednej trasie (ze sklepu do domu) całkiem mi się ten rowerowy świat podoba. Podobają mi się też rowerzyści miejscy jako grupa. Mam wrażenie, że stosunkowo więcej wśród nich otwartych umysłów.

Jaką piosenką uczczę mój rowerowy zakup? Pomyślałem o "Bicycle Race" zespołu Queen, ale to chyba każdy zna, a sama piosenka jakoś nie pasuje mi do charakteru bloga. Bardzo odpowiednią piosenką, odzwierciedlającą charakter mojego roweru byłaby "Slow Bicycle" grupy Mum. Ale trochę długa i nieblogowa. Wybrałem "Speeding Motorcycle" Yo La Tengo. W końcu motor to w sumie taki szybszy rower, a zespół jeden z moich ulubionych. No i filmik - jechał ktoś z was kiedyś ulicami Bogoty?

 
Yo La Tengo - Speeding Motorcycle (1990)
 
 
 
niedziela, 19 kwietnia 2009
Guitar Hero

Miałem ostatnio u znajomych styczność z zabawką o nazwie Guitar Hero. Jest to gra komputerowa, coś w rodzaju symulatora gry na gitarze. Można wcielić się w gitarzystę i zobaczyć, jak to na scenie ciężko. Symulator jest tu jednak mylącym określeniem, gdyż z prawdziwą grą na gitarze rzeczona zabawka ma mniej więcej tyle, co prawdziwa gra w piłkę z grą w piłkę na komputerze, czy prawdziwy seks z seksem uprawianym z komputerem (tak mi się wydaje). Z jednej strony dobrze, że powstają takie gry (jak Guitar Hero) - może ktoś sięgnie po nią zamiast po grę, gdzie strzela się do ludzi. Z drugiej jednak strony, lepiej byłoby, gdyby ludzie wybierali prawdziwe gitary.

Długo wzbraniałem się przed "zagraniem" na tym czymś, bo to i oceniają, i można odpaść, i repertuar niemelodyjny gra oferowała (nie było Beatelsów!). Jednym z niewielu zespołów z mojej melodyjnej parafii byli Oasis - z następującą piosenką, którą (wprawdzie za drugim razem, ale jednak) ukończyłem. W nagrodę nalałem sobie whisky z colą.

 
Oasis - Some Might Say (1995)
 
 
 
wtorek, 14 kwietnia 2009
Zła kobieta

Zespół The Coral, a z nim piosenkę "Liezah", poznałem - gdzież by indziej - na angielskiej ziemii, w Roku Pańskim 2003. Na angielskiej ziemii jest tu określeniem o tyle adekwatnym, że pracowałem tam wówczas (prawie) w ziemii, na farmie niedaleko Cambridge, segregując ziemniaki. Któregoś wieczoru, po pracy, w rockowym Virgin Radio usłyszałem ową piosenkę i już po pierwszych dźwiękach maksymalnie skupiałem uwagę i wytężałem umysł, by wychwycić nazwę zespołu, a najlepiej i tytuł piosenki. Oczywiście, nazwę zrozumiałem źle i chodząc parę dni później po sklepach muzycznych w Cambridge, zamęczałem sprzedawców, pytając o zespół, który nie istnieje. (Wstydziłem się nucić im refren piosenki, który pamiętałem o wiele lepiej). Jakimś cudem się jednak udało i tym bardziej teraz smakuje.

Tytułowa Liezah wygląda na kobietę z kategorii takich, które zepsutymi i niebezpiecznymi będąc, przyciągają mimo to (a może właśnie dlatego - pytanie zgoła filozoficzne) wielu mężczyzn ("all the men that she has known"), i to tych majętniejszych ("lawyers, doctors"). Bardzo podoba mi się ostatnia zwrotka,

And everytime I think of Liezah
I break down and I start crying
Although she tore me apart
There's still a place for that girl in my heart 

ponieważ przywodzi mi na myśl ostatnią scenę z filmu "Trzy Kolory: Biały" Kieślowskiego, w moim subiektywnym rankingu jedną z piękniejszych, jakie wydała kinematografia.

 

 
The Coral - Liezah (2003)
 
 
 
piątek, 10 kwietnia 2009
Zaświaty

Ale mnie długo nie było! Wracam prawie jak z tamtego świata, prawie jak wstały z martwych. Płytą zawsze kojarzącą mi się klimatycznie z zimnem, nieobecnością, oddaleniem, jakąś wieczną hibernacją, jest pochodząca z 2002 roku EP-ka Beachwood Sparks, "Make the Cowboy Robots Cry". Kiedykolwiek myślę sobie, że smutne może być piękne, to to dzieło jako pierwsze przychodzi mi na myśl. Utwór "Ponce de Leon Blues", umieszczony w środkowej części, stanowi chyba kulminację zgryzoty. Tak miłej dla ucha, że gdy z kolejną piosenką przychodzi przesilenie, a potem jasność, ciepło i wiosna, to nawet trochę szkoda.

 
Beachwood Sparks - Ponce de Leon Blues (2002)