sobota, 31 maja 2008
Używka, której nie używam

Dzień 31. maja to Światowy Dzień Bez Papierosa. Jedno z tych świąt, których nie obchodzę, gdyż wszystkie moje dni w roku są bez papierosa. No, chyba że od czasu do czasu zadymią i podduszą mnie w jakimś pubie - wtedy rzeczywiście jestem... nie tyle zaciągnięty, ile przesiąknięty papierosowym dymem. I obiecuję sobie, że zagłosuję na każdą partię, która wprowadzi w Polsce zakaz palenia w knajpach. Bo jeśli chodzi o alkohol, to rzecz się ma zupełnie, zupełnie inaczej.


Oasis - Cigarettes & Alcohol (live, 1993)


niedziela, 25 maja 2008
Matura z Yo La Tengo

Pisząc o tak wybitnym i zasłużonym zespole jak Yo La Tengo, czuję powagę sytuacji, trochę jak maturzysta podczas pierwszych zdań wypracowania maturalnego. Właśnie, matura. Ponoć można ją zdawać teraz nawet z muzyki. Gdyby to mi któregoś dnia przyszło układać pytania maturzystom zdającym egzamin z tego przedmiotu, na pewno sprawdziłbym wiedzę z alternatywnej muzyki rockowej. A że Yo La Tengo to zespół tu niezrównany i dosłownie czcigodny, przykładowe pytanie mogłoby brzmieć: "Wymieć pięć największych zespołów stylu indie rock, nie pomijając zespołu Yo La Tengo".

Egzotyczna, hiszpańskojęzyczna nazwa zespołu pochodzi z anegdoty bejsbolowej (gitarzysta i jeden z założycieli zespołu Ira Kaplan jest wielkim fanem tego sportu). W bejsbolowym sezonie 1962 w USA, dwaj gracze New Yok Mets, Amerykanin Richie Ashburn i Wenezuelczyk Elio Chacon co jakiś czas, próbując złapać piłkę, zderzali się. Było to wynikiem braku komunikacji - Chacon nie mówił po angielsku i nie rozumiał "I got it", które przy każdej próbie złapania piłki krzyczał Ashburn. Problem rozwiązano w ten sposób, że Ashburn odtąd, chcąc chwycić piłkę, krzyczał hiszpańską wersję "I got it" czyli "Yo la tengo". Działało. Dopóki Ashburn nie zderzył się z lewoskrzydłowym Frankiem Thomasem, którego nie było na treningu, na którym ustalano komunikacyjne reguły. Staranowany Thomas, wstając, miał powiedzieć "Co do diabła znaczy Yellow Tango?".

Inne pytanie na maturę z muzyki mogłoby więc brzmieć: "Wyjaśnij znaczenie nazwy jednego z największych zespołów stylu indie rock Yo La Tengo".

 

 
Yo La Tengo - We're an American Band (1997)
 
 
 
czwartek, 22 maja 2008
Inteligentny, zdolny, ambitny... Marian

Pewien znany przed laty polski sprinter (wicemistrz olimpijski w 1980 r.), genialny przedwojenny satyryk, dwaj prawicowi politycy, autor najpopularniejszego polskiego elementarza do nauki czytania oraz zasłużony aktor filmowy i teatralny mają jedną wspólną cechę - mają na imię Marian (Woronin, Hemar, Krzaklewski, Piłka, Falski, Opania). Imię to pochodzi z łaciny i oznacza "należący do Mariusza / do rodu Mariuszów". Imię dziś to już dziś bardzo niepopularne; tak bardzo, że aż trudno znaleźć mi w internecie, jakimi ludźmi są Mariany. O, jednak jest! Lubi zwyciężać przeciwników [kto nie lubi?], inteligentny, zdolny, zmienny, dobry strateg, ambitny, ma dar przywódczy, rozjemca. No proszę. Jeśli ktoś z Was spodziewa się potomka płci męskiej, a nie ma jeszcze wybranego imienia, imię Marian spokojnie może wziąć pod rozwagę.

Będzie też mieć gotową świetną piosenkę dla malucha.


PRL - Marian (1996)


niedziela, 18 maja 2008
Zagłada zwierzątek domowych

Nigdy nie miałem szczęścia do zwierzątek domowych. Świnka morska mi uciekła, rybki - raz zostawione znajomej rodziców, gdy wyjechaliśmy na Święta - niemal wszystkie trafiły na tamten rybi świat, a papużka... lepiej nie mówić (tu pozdrawiam moją siostrę). Może to dlatego, że zawsze marzyłem o psie, a to, że te wszystkie zwierzątka były jakby w zastępstwie, w jakiś sposób kierowało los ku tragedii. W efekcie do dziś refren "a ja w domu mam chomika, kota, rybki oraz psa" zamiast radosnego żywota wśród domowych zwierzątek przywodzi mi na myśl raczej zagładę tych drugich.

Nieprzyjemną historię z kupionymi rybkami miał też w poniższym teledysku Sean Lennon. Wszystko jednak w jakiś cudowny sposób skończyło się dobrze. Zobaczymy, co będzie, gdy pojedzie na Święta.

 

 
Sean Lennon - Home (1998)
 
 
 
środa, 14 maja 2008
Zakładając zespół, zacznij od dziewczyny

The Ponys

Nie gra pewnie zespół The Ponys muzyki, która sprawi, że ulokuję ich kiedyś na swojej muzycznej hall of fame, ale (co najmniej) jedną piosenkę skomponowali świetną. Pochodzą z niejakiego Chicago w stanie Illinois. Założyciel The Ponys, Jered Gummere, postanowił, że tworząc zespół, zacznie od osób najbardziej wypróbowanych, dlatego na basistkę wybrał sobie swoją dziewczynę, Melissę Elias. Całkiem rozsądnie, nawet gdy są tylko we dwoje, mogą sobie poćwiczyć.

To niesamowite, ale ta piosenka, o której wspomniałem i która tak bardzo mi się podoba, nie jest specjalnie melodyjna. Refren nawet nie jest śpiewany. A jednak ma w sobie to trudno uchwytne, lecz jednak chwytliwe coś. Sugeruje ona ideę, iż podobieństwo, a konkretniej wygląd jest bardzo ważnym czynnikiem miłości. Czasem może to być prawdą, a czasem nie (jak to zwykle z prawdami na temat miłości). Ciekawe, co sądzą o tym jednojajowe bliźnięta.

 

 
The Ponys - I Love You 'Cause (You Look Like Me) (2004)

 

niedziela, 11 maja 2008
Metal w służbie melodyjności

Na koniec krótkiego, weekendowego wypadu do stolicy Górnego Śląska (ehh, być ojcem chrzestnym) spotkałem się z dawno niewidzianym kolegą, z którym jeszcze dawniej dzieliłem na studiach pokój i który to kolega... potrafił (ciągle potrafi) grać na gitarze. A że potrafił lepiej niż ja i mieliśmy w mieszkaniu trzy gitary, grał i śpiewał ze mną te moje melodyjne piosenki. Mój mały muzyczny egoizm jakoś radził sobie z wyrzutami sumienia, wynikłymi stąd, że Paweł siedział w muzyce zdecydowanie mocniejszej, a ja mu kazałem grać (i śpiewać, i to na głosy!) Beatelsów, Blur i REM... Znosił to naprawdę dzielnie, a że słuch ma bez zarzutu, wspólne granie wychodziło nam "całkiem nie powiem" i - niech zaryzykuję :) - obaj mieliśmy z harmonii, melodii i wielogłosowości wiele frajdy. Wśród granych (próbowanych?) przez nas piosenek była i ta.

 

 
The Mamas & the Papas - California Dreamin' (1961)
 
 
 
środa, 07 maja 2008
Cuda, cuda ogłaszam

Opisywałem już tu gdzieś przypadki odzyskanych po latach piosenek czy zespołów. Mam kilka takich "zmartwychwstałych" muzycznych kąsków. Bez wątpienia jednak najbardziej nieprawdopodobnym, cudownym wręcz odzyskaniem piosenki sprzed lat był kawałek "Easter Theater" zespołu XTC. Usłyszałem go jeszcze w latach 90-tych na RMF FM (tak, tak, wtedy w tym radiu grano czasem taką muzykę!), w audycji prowadzonej przez niejakiego Darka Maciborka. Piosenka, zwłaszcza refren, zwaliła mnie z nóg, ale nazwy zespołu ani tytułu piosenki za cholerę nie mogłem zidentyfikować. Zapamiętałem tylko jakieś "iks ti si", kawałek refrenu z jakimś "easter" coś tam, w efekcie piosenka przepadła. Pamiętałem tylko ten urzekający refren "eeaasteeer".

Już w dobie internetu i Google co jakiś czas wklepywałem, w różnych kombinacjach, zapamiętane słowa piosenki i nazwę zespołu. Bez efektu. Znalazło mi jakiś inny zespół, 13th Floor Elevators (mieli piosenkę "Easter Everywhere"). Już w zasadzie pogodziłem się z tym, że tamtą piękną piosenkę z audycji Darka Maciborka straciłem na zawsze. Aż tu parę tygodni temu na zaprzyjaźnionym, muzycznym blogu Bez Paniki... Ledwo zerknąłem na tytuł piosenki i zespół i wiedziałem, że oto cud i piosenki mej dawnej, umarłej - zmartwychwstanie! Jeszcze raz, dzięki!

 

 
XTC - Easter Theater (1999)
 
 
 
niedziela, 04 maja 2008
Bezpretensjonalność polnej myszy

The Field Mice

Przez całe swe dojrzałe, muzyczne życie myślałem, lata 90-te w muzyce brytyjskiej były zdecydowanie lepsze i bogatsze od lat 80-tych. Wiadomo, ostatnia dekada ubiegłego wieku to narodziny britpopu, który u mnie, w czasach licealnych, królował niepodzielnie. Aż tu ostatnie dwa miesiące, za sprawą Last.fm (dla mnie to wynalazek muzyczny na miarę mp3), przyniosły odkrycie kilku kapitalnych brytyjskich kapel z końca lat 80-tych. Na tyle świetnych, że myślę, iż gdybym poznał je w czasach liceum, to może Blur, Oasis i Spergrass mogliby się wszyscy razem schować. W każdym razie, znów doceniam lata 80-te.

Historia The Field Mice to krótkie cztery lata 1987-1991, podczas których jednak, jak podają źródła, grupie udało się zyskać status kultowej w kręgach zbliżonych stylami do twee pop czy C86. Uchodzili za flagowy band legendarnej alternatywnej wytwórni Sarah Records, znanej nie tylko ze względu na muzykę spod znaku twee czy C86, ale też zaangażowanie antykapitalistyczne i antyseksistowskie. Muzyka The Field Mice? Gdy próbuję ją opisać, wciąż przychodzi mi do głowy słowo "bezpretensjonalna". Słownik Języka Polskiego kojarzy to słowo z takimi cechami jak prostota, skromność i naturalność - pasuje idealnie. Gdy dodać melodyjność, mamy muzykę, którą, ja przynajmniej, uwielbiam.

Tak jak muzykę The Field Mice łączę z bezpretensjonalnością, tak zwrot "fantastyczny przyjaciel" kojarzy mi się z nieodmiennie z Kevinem Arnoldem i jego kumplem Paulem Pfeifferem.

 
The Field Mice - Fabulous Friend (1988)

 
 
czwartek, 01 maja 2008
George Harrison mustn't pass

Wracamy do serii z Beatelsami, a kończymy Georgem Harrisonem. Last but not least. Podobno był najlepszym spośród całej czwórki instrumentalistą. Potrafił na swojej gitarze rzeczy, których Lennon i McCartney dopiero mieli się nauczyć. Do tego ładnie śpiewał, a jak już wziął się za komponowanie (Here Comes The Sun, Something, While My Guitar Gently Weeps), to co niektórzy - pomimo uwielbienia dla Beatelsów - żałowali, że jednak te aż 90% piosenek pisał tandem Lennon&McCartney.

Chyba też najbardziej z całej czwórki sympatyczy i o zacięciu filozoficznym (tytuł najsłynniejszego solowego albumu All Things Must Pass). Choć pochodził z katolickiej rodziny (irlandzkie korzenie), sporo - muzycznie, religijnie i duchowo - zaczerpnął z hinduizmu, na który ostatecznie przeszedł. To on zaszczepił na gruncie zachodnim na masową skalę popularność instrumentu sitar. Zmarł w 2001 roku, mając 58 lat. Hinduizm wierzy w reinkarnację. Kim jest teraz George? Jeśli nie jest gitarą, musiał pozostać Beatelsem.

 

 
George Harrison - Behind That Locked Door (1970)
 
 
19:31, chigliack
Link Dodaj komentarz »