poniedziałek, 30 czerwca 2008
Spojrzenie sytych Szkotów

Belle and Sebastian również dlatego wiele lat temu podbili me serce (uszy?), że oprócz pięknej muzyki także śpiewają o CZYMŚ. Często - wiadomo - o miłości, bo bez niej we współczesnych piosenkach nie sposób. Nawet jednak śpiewając o sprawie tak dla istot ludzkich ważnej, nie stronią od ironii, dowcipu i rezerwy, co często w kwestiach angażujących emocje jest rzeczą pożyteczną.

Nie za śpiewanie o miłości wszak uznaję ich za zespół o spojrzenu na świat bardziej od innych ciekawym. Tym, co szczególnie spodobało mi się w tekstach Belle and Sebastian, jest krytyka współczesnego konsumpcjonizmu i karierowiczostwa (He had a stroke at the age of 24, It could have been a brilliant career). Pierwsze wersy poniższej piosenki - fakt, dość bezpośrednio - uświadamiają, że, ogólnie rzecz biorąc, mamy na tym naszym Zachodzie naprawdę całkiem nieźle.

 


Belle and Sebastian - A Century of Fakers (1997)



czwartek, 26 czerwca 2008
Senna, eskapistyczna psychodelia

 

Slowdive

Przynoszę oto zespół tak świeżo odkryty, jak świeże są myśli człowieka, który właśnie uciął sobie popołudniowo-wieczorną drzemkę (ja). Powstał w owym słynnym dla świata roku 1989, a nazwę zaczerpnął ze snu, jaki miał basista Nick Chaplin. Zapewne śniło mu się, jak wolno, w słoneczny dzień zanurza się w krystaliczną, lazurową głębię Morza Północnego. Slowdive to jeden z reprezentantów nurtu/stylu shoegaze, którego bodaj najbardziej znaną ikoną są My Bloody Valentine. Oni też uważani są za kluczowych inspiratorów omawianej tu piątki z Reading.

Pierwsze recenzje materiałów Slowdive, a także ich miejsca na alternatywnych listach, zapowiadały dużo większy sukces niż ten, jaki w końcu stał się udziałem grupy. Po części to efekt kłopotów, jakie mieli z wydawcami, którym opornie szły wydania kolejnych płyt. Po części także czasowy triumf grunge'u, który na początku lat 90-tych osłabił "popyt" na muzykę innych niezależnych (lub nie aż tak zależnych) nurtów.

Dość gadania, posłuchajmy już tej - jak to określono w jednej z charakterystyk zespołu - "sennej, eskapistycznej psychodelii".

 

 
Slowdive - Alison (1993)
 

 
sobota, 21 czerwca 2008
Przemęczony (?) kierowca nr 8

Jedna z moich ulubionych piosenek R.E.M. to pochodzący z 1985 roku utwór Driver 8. Pochodzi z czasów, kiedy grupa szerszej publiczności była jeszcze zupełnie nieznana i dopiero pukała do bram wszechpotężnego mainstreamu, objeżdżając podrzędne kluby w USA swym małym rozklekotanym busikiem. Wszystkim osobom lubiącym R.E.M., ale znającym jedynie ich dokonania z okresu, gdy Michael Stipe z kolegami byli już znani, syci i bogaci (mniej więcej po 1988), gorąco rekomenduję płyty z pierwszego okresu ich twórczości. To niewiarygodnie zasobne źródło dobrej muzyki.

Poza warstwą muzyczną, w piosence tej od początku spodobało mi się - typowe u R.E.M. - zwrócenie uwagi na dolę anonimowego człowieka, tu: tytułowego Kierowcę nr 8. Wers and the train conductor says: 'take a break, driver 8' interpretowałem dosłownie, jako apel o odpoczynek, o zwolnienie tempa w przepełnionym ciężką pracą żywocie. Podczas wizyty w interpretatorni piosenek natknąłem się na interpretacje najrozmaitsze: od tych, które widzą w tekście manifest antykapitalistyczny, poprzez te, które twierdzą, że to o daremności ludzkich starań, o wiecznym niespełnieniu, o tęsknocie za minionym, aż po te, które nie odnajdują żadnych ważnych znaczeń. Jak jest naprawdę, tego pewnie nawet Michael Stipe nie pamięta...

Zwracam uwagę na amatorski, klimatyczny film youtube'owego internauty, przez wielu komentujących uznany za "dobrą robotę" (kurde, znów mam wrażenie, że na Zachodzie ludzie w necie są dla siebie o wiele, wiele milsi), za lepszą nawet, niż oryginalny teledysk



 
R.E.M. - Driver 8 (1985)
 
 
 
środa, 18 czerwca 2008
Ponad połowa świata: "jestem z miasta"

Gdzieś niedawno przeczytałem, że według bodajże ONZ, bieżący 2008 rok jest w historii świata pierwszym, w którym liczba osób mieszkających w miastach przewyższy liczbę osób mieszkających na wsiach. Każdy, kto ma babcię na wsi i bywał tam w dzieciństwie, pomyśli, że ewidentnie coś się dla świata ważnego zaczyna kończyć. Pewnie nadejdą i takie czasy, w których wszyscy będą mieszkali w większych czy mniejszych (ale raczej większych) miastach. Na myśl o tym niejeden wiejski proboszcz popada w tęgą zadumę.

Niełatwo jest żyć w mieście. Zwłaszcza dla kogoś, kto nie za bardzo lubi, gdy wokół niego dużo ludzi, i to nieznajomych. Jeśli ktoś dodatkowo niezbyt przepada za hałasem samochodów, spalinami i niekoniecznie uważa przestępczość za rzecz pożądaną, sprawa tym trudniejsza. Niedogodności mają jednak czasem to do siebie, że dają natchnienie do pisania piosenek. Czasem - jak tu - pięknych, gdzie na koniec znój miejskiego życia w prostych słowach 'it's hard to live in the city' jest wyrażony.

 


The Velvet Underground - Ride Into the Sun (1969)
 
 
 
sobota, 14 czerwca 2008
Obama prezydentem USA (w muzyce)

Po ostatnim wyczynie angielskiego sędziego w żadnym razie nie może dziś zagrać zespół angielski, ani nawet brytyjski. Dla bezpieczeństwa lepiej w ogóle chwilowo przenieść się za ocean. Tam tymczasem mają już wyłonionych dwóch zawodników do walki o tytuł Prezydenta USA. W półfinale Barrack Obama dopiero w dogrywce wygrał z Hilary Clinton, by w wielkim finale zmierzyć się z Johnem McCainem. Blog Melodyjnie dopingować będzie kandydata ciemnoskórego, chociaż dotychczas grali tu artyści wyłącznie biali. Obama z pewnością bardziej pasowałby do zespołu The Presidents of The United States of America niż McCain. Republikanin, choć wciąż dziarski, wytrzymałby chyba tylko do pierwszego refrenu. Finału nawet sobie nie chcę wyobrażać.

The Presidents of the United States of America - Video Killed the Radio Star (1997)

 

wtorek, 10 czerwca 2008
Isobel, co nie chciała Stuarta

Isobel Campbell

Twórczość i głos Isobel Campbell poznałem za sprawą wielkich Belle and Sebastian. To w tym zespole grała na wiolonczeli i śpiewała w latach 1996-2002, czyli od początku istnienia grupy aż do Mistrzostw Świata w Korei i Japonii. Belle and Sebastian zresztą współzakładała - ze Stuartem Murdochem. Ponoć nawet mieli się ku sobie, ale z czasem - jak to się mówi - postanowili tylko robić razem muzykę. W czasach, gdy zakochałem się w Belle and Sebastian (a szybko i w Isobel Campbell), niewinnym młodzieńcem jeszcze byłem. Wówczas, ze swą delikatnością, głosem, wiolonczelą, no i tym, że grała w Belle and Sebastian, była dla mnie Isobel ideałem kobiety.

Pierwsze solowe próbki twórczości wydała jeszcze będąc w Belle and Sebastian, a jej ówczesny zespół nazywał się The Gentel Waves i mało która nazwa zespołu oddaje charakter jego muzyki tak dobrze. Kolejny płyty wydała już pod swoim nazwiskiem, wśród których dwie we współpracy z muzykiem Markiem Laneganem. Stuart Murdoch i ja łączymy się w żalu.




Isobel Campbell (with Eugene Kelly) - Time Is Just the Same (2003)
 
 
 
środa, 04 czerwca 2008
Nie uczcie się języków

Czasami dobrze jest nie znać języka, w którym śpiewana jest bardzo podobająca nam się piosenka. Kto wie, może angielskie piosenki nie podobałyby mi się tak mocno w porównaniu z polskimi, gdybym naprawdę dobrze znał angielski? Nieznajomość języka daje możliwość wielu interpretacji. Możemy sobie wyobrazić, że piosenka jest o czymkolwiek tylko wymyślimy.

Zupełnie nie znam portugalskiego i kompletnie nie mam pojęcia, o czym jest śliczna piosenka Avarandado śpiewana przez Joao Gilberto, a skomponowana przez Caetano Veloso. Końcówka pierwszego wersa, "enastrada", i tworzone dalej do tego rymy, kojarzą mi się z autostradą. Wymyśliłem więc sobie, że jest to piosenka o autostradach, o szybkości, o pośpiechu. Mam nawet w głowie pierwszy wers, gdybym miał przełożyć to na polski: "Pędzą samochody po autostradach". Przesłanie mojej piosenki jest takie: samochody pędzą po autostradach, świat pędzi, dlatego super jest mieć gitarę i sobie na niej spokojnie, bez pośpiechu, brzdąkać.

A Wy, jak myślicie, o czym jest ta piosenka? Autor najmniej ciekawej odpowiedzi wygra wczasy w Brazylii.

 



Joao Gilberto - Avarandado (1988)