niedziela, 27 czerwca 2010
Długie jest piękne?

Choć odkryłem ich niedawno, już nie pamiętam, w jaki dokładnie sposób. Na pewno nie w TVP1. Prawdopodobnie na YouTube. Z rzadka bawię się, w odrywanie nowych zespołów zaczynając od jakiegoś znanego mi i świetnego zespołu, by potem iść dalej i dalej, zdając się na podpowiedzi aplikacji powstałe zapewne w oparciu o tagi przypisane poszczególnym utworom. Metoda to na odkrywanie nowych zespołów ryzykowna - tagi to rzecz zwodnicza. Możesz np. zacząć na R.E.M. (zespole muzycznym), by zaraz potem obejrzeć filmik o ruchach gałek ocznych podczas snu (rapid eye movement). Możesz chcieć spróbować znaleźć coś bliskiego (muzycznie) Nirvanie, by za chwilę zgłębiać tajniki filozofii buddyjskiej.

The Wake powstali w Szkocji, w Glasgow, w roku 1981. Są więc moimi rówieśnikami. Aczkolwiek, z biologicznego punktu widzenia - jako urodzony w lutym - powstałem jeszcze w 1980 roku, więc jestem trochę starszy. Ich artystyczny szczyt przypadł na rok 1985, kiedy wydali uważany za najlepszy ich album "Here Comes Everybody". (Gdy tak sięgam pamięcią, to moje największe życiowe osiągnięcia też miały miejsce w tamtym mniej więcej okresie). The Wake (nazwa pochodzi od jednej z powieści Jamesa Joice'a "Finnegans Wake") grali w stylu klasyfikowanym jako post-punk, no i oczywiście indie pop. Choć byli jedną z najdłużej istniejących na wyspach grup indie popowych w latach 80-90 (zakończyli działalność w 1994), nie dali się poznać jako zespół najbardziej... (nie mogę napisać "produktywny", bo nie chcę zaśmiecać fajnego muzycznego bloga terminami ze świata biznesu. No po prostu nie wydali zbyt wiele płyt - cztery).

Poniższa piosenka (ze wspomnianego albumu "Here Comes Everybody") daje mi trochę do myślenia w kwestii pożądanej długości piosenek. Od zawsze - czyli od czasów The Beatels (a propos; być może będę mógł się pochwalić wspólnotą muzycznego gustu z być-może prezydentem Polski. Jarosław Kaczyński również jak się okazuje, kocha czwórkę z Liverpoolu) wielbiłem piosenki krótkie. W czasie trwania "The Melancholy Man" (7:23) zmieściłbym spokojnie 3 świetne piosenki. A tu piosenka długa i kapitalna. Długie też może być piękne.


The Wake - Melancholy Man (1985)

 


niedziela, 13 czerwca 2010
Piękna historia, pozornie zwyczajna -- Gra pozorów

Rafała poznałem na rozmowie kwalifikacyjnej. Był kandydatem do pracy w naszej firmie, podczas gdy ja rekrutowałem. Gdy okazało się, że gra alternatywną muzykę i dodatkowo zna mojego melodyjnego bloga, proces decyzyjny  związany z zatrudnieniem znacząco się ułatwił, skrócił, a tak naprawdę dobiegł do końca. Przez prawie trzy lata pracowałem z człowiekiem podzielającym w wielkim stopniu moje sympatie muzyczne; co więcej - człowiekiem nie tylko, jak ja, muzyki wyłącznie słuchającym, piszącym czasem o niej i coś tam tylko brzdąkającym, a rzeczywiście muzykę tworzącym, grającym w zespole. I to nie byle jakim.

Nazywa się ów zespół Gra pozorów i tylko pozornie podobny jest do wielu innych, młodych polskich grup grających alernatywnego rocka. Choćby wspomniany Rafał, gitarzysta. Czy wielu gitarzystom zdarza się zostawić swoją gitarę w podmiejskim pociągu, a później ją cudem odnaleźć? Przygoda ta to jedna z wielu, jakie poznałem, kibicując przez te trzy lata Rafałowi i Grze pozorów. Dzięki nim dowiedziałem się, jak wygląda funkcjonowanie młodej, nieznanej grupy rockowej od kuchni, jak czasem proza życia (np. sesja egzaminacyjna) zapobiega artystycznym dokonaniom. I że chyba trzeba naprawdę zajebiście lubić (napisałbym "kochać", ale jakoś mniej rockowo) to, co się robi, by efekty owej prozy życia zniwelować.

Wtedy artystyczne dokonania przyjdą same. Każdy kolejny koncert, zwłaszcza każdy kolejny lepszy koncert, wzmianki w mediach (najpierw lokalne gazety, a ostatnio "Machina", no i dziś Melodyjnie:), nagranie w studio im. Agnieszki Osieckiej, wydany singiel... Z coraz większym zaskoczeniem obserwowałem, jak ten niepozorny, nomen omen, Rafał i jego Gra pozorów stale idą do przodu. Że coraz bardziej oddalają się od statusu jedno czy nawet parosezonowej, lokalnej kapeli jakich wiele, która rozpadła się, bo członkowie pozakładali rodziny albo poszli do wojska, a coraz bardziej zbliżają się do statusu - nie wiem, czy to dobre słowo, ale niech tam - gwiazdy.

To, co stało się w zeszły czwartek wieczorem, chyba już nawet nie było tak do końca zaskoczeniem. Piliśmy z Rafałem piwo, gdy otrzymał wiadomość od słuchającej właśnie "Trójki" siostry, że Gra pozorów zagra na tegorocznym Open'erze! Do końca wieczoru uśmiech nie schodził z jego twarzy. Gdy dołączyło do nas kolejnych dwoje członków zespołu, radości było jeszcze więcej. Jakoś wzruszyło mnie, że cieszyli się także z tego, iż dzięki zaproszeniu na Open'era jako wykonawca nie będą musieli płacić za wstęp (ponieważ i tak mieli jechać - jako publiczność).

Jaki jest morał tej pięknej historii? Wbrew pozorom - bardzo praktyczny i już od jakiegoś czasu przeze mnie stosowany. Przyjmując kogoś do pracy, zawsze patrz na hobby.

Gra pozorów - Last Journey (2010)

 


15:29, chigliack
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 czerwca 2010
PJ Harvey była kobietą?!

Spotkałem niedawno koleżankę, która - przynajmniej tymczasowo, ale chwała i za to - pracuje jako wolontariuszka, organizując wymianę młodzieży z krajów europejskich i afrykańskich. Tymczasową oczywiście wymianę, gdyż na sam koniec wszyscy wracają do siebie. Młodzież podczas owych wymian zajmuje się najróżniejszymi, wspólnie wykonywanymi zadaniami, mającymi w zamyśle zapewne zbliżyć jednych do drugich oraz, co nie mniej ważne, sprawić, by wszyscy dobrze się bawili. Doskonale do tego nadaje się muzyka. (Tak naprawdę, pomyślałem sobie jeszcze o seksie, ale niestety, jest to blog o muzyce).

Muzykując, można, jak się okazuje, wiele dowiedzieć się o odmiennych kulturach. Koleżanka opowiadała, że któregoś dnia, gdy przyszło komuś zagrać na gitarze, a tym kimś była europejska dziewczyna, jeden chłopak z Afryki (z któregoś z krajów z południa kontynentu, ale nie będę podawał nazwy, by nie sprawić ci przykrości, jeśli przypadkowo jesteś jego mieszkańcem) nie wierzył, że kobieta może umieć grać na gitarze. Gdy spytano go, dlaczego tak uważa, odpowiedział, że kobiety mają inaczej zbudowany mózg. Nie wiem, dlaczego pierwszą kobietą, która przyszła mi do głowy jako potencjalna ta, którą pokazałbym koledze z Afryki jako przykład skutku defektu kobiecego mózgu i w efekcie umiejętności gry na gitarze, była PJ Harvery w piosence "Good Fortune". Jest w tonie jej głosu i w linii melodycznej tej piosenki jakiś bunt - może także wobec głupoty i  niedorzeczności?


PJ Harvey - Good Fortune (2000)

 


Tagi: Pj Harvey
00:41, chigliack
Link Dodaj komentarz »