środa, 30 lipca 2008
Jeśli nie wygrasz dziś dwudziestu milionów

Chyba nigdy wpisem na Melodyjnie nie wstrzeliłem się w bieżące społeczne wydarznia tak precyzyjnie, jak dziś. Jakoś na dniach bowiem ma szansę paść (już padła?) wielka wygrana w Totolotku - nie wiem dokładnie, ile milionów, ale na pewno powinno wystarczyć. Ktoś stanie się naprawdę bardzo, bardzo bogaty, przez moment nawet sławny, a chwilowo także przekona się, jak liczną i kochającą ma rodzinę.

Psychologowie badający szczęście w większości twierdzą, że pieniądze aż tak bardzo szczęścia nie dają. Na pewno sporo mniej, niż to sobie wyobrażamy. Nawet zwycięzcy loterii i adresaci niespodziewanych, milionowych spadków z czasem podobno wracają do swoich dawnych, normalnych poziomów subiektywnego dobrostanu. Któż jednak nie chciałby doświadczyć takiego "psychicznego zjazdu?" Ja mógłbym spróbować.

Tym z Was, którym nie uda się wygrać owej wspaniałej nagrody pieniężnej, moment rozczarowania na pewno wynagrodzi ta oto piękna piosenka The Byrds:)

 

 
The Byrds - Satisfied Mind (1965)
 
 
 
niedziela, 27 lipca 2008
Uważajcie na swe portfele

McCarthy

Poprzednio było co nieco o sumie szczęścia i nieszczęścia. Dziś doświadczyłem tego, gdyż zgubiłem swój portfel (nieszczęście), a po kilkunastu minutach dobrzy ludzie oddali mi go (szczęście). Wyszło więc na zero, czym kolejny raz potwierdzam słuszność postawionej w poprzednim wpisie tezy. Z portfelem kojarzy mi się tytuł debiutanckiego albumu brytyjskiej grupy końca lat 80-tych, McCarthy - I am a Wallet.

Grupa znana była ze swych mocno lewicowych zapatrywań, choć akurat jej nazwa inspirowana jest słynnym republikańskim senatorem z USA, zagorzałym antykomunistą Joe McCarthy'm. Jest więc I am a Wallet swoistym manifestem, piętnującym niegodziwości naszego kapitalistycznego, konsumpcjonistycznego świata. McCarthy (zespół, a nie senator) cierpieli zresztą czasem za swe wyraziste przekonania, gdyż wrzucano ich do jednego worka z kiepskimi, choć też o lewicowych przekonaniach, kapelami. A przecież muzyka melodyjna jest ponad podziałami!

Tak czy inaczej, uważajcie na swe portfele, a jeśli jesteście portfelami (I am a Wallet), oczywiście uważajcie też na siebie.

 

 
McCarthy - Keep An Open Mind or Else (1989)
 
 
czwartek, 24 lipca 2008
Suma szczęścia i nieszczęścia

Kilka miesięcy temu, którejś piątkowej nocy, toczyłem ze swoją dziewczyną filozoficzną (gdyż - niczym w starożytnej Grecji - przy winie) dysputę o szczęściu. Ja broniłem zasłysznaj dawno temu tezy, że suma szczęścia i nieszczęścia równa jest zero. Dziewczyna jednak, jak na krytycznego matematyka przystało, miała co do tego obiekcje. Pamiętam, że w którymś momencie w ruch poszła nawet kartka i rysowanie wykresu a la układ współrzędnych. Doszliśmy w końcu do kompromisu (chyba pomogło wino), że suma szczęścia i nieszczęścia nie jest równa, a dąży do zera.

Rozumieć to trzeba tak, że statystycznie rzecz biorąc, nie może być cały czas dobrze ani cały czas źle. Poziom szczęścia zawsze dąży do jakiejś tam - indywidualnej u każdego - średniej. W dłuższej perspektywie czasowej wydarzeń szczęśliwych i nieszczęśliwych jest mniej więcej (suma dąży do zera, a nie jest równe zero) tyle samo. Inny, zdecydowanie bardziej optymistyczny pogląd na ten temat mają pewni czterej filozofofie z Liverpoolu. Śpiewają oni it's getting better all the time, czyli wierzą, że może być cały czas lepiej i lepiej. Coż, nawet jeśli niezgodne to z matematyką, może warto w to wierzyć?

 

 
The Beatles - Getting Better (1967)
 
 
niedziela, 20 lipca 2008
Pierwsze (progresywne) koty za płoty

The Who 

The Who to zespół kultowy, legendarny, zasłużony, wielki, wspaniały, nieoceniony. Czy jeszcze jakiś? Tak: zajebisty. Aczkolwiek, zajęło nam (mi i The Who) trochę czasu, nim pomiędzy nami zaiskrzyło. To chyba dlatego, że, z tego co pamiętam, pierwsza próbka ich twórczości, z którą się zetknąłem, pochodziła z ich bardziej "progresywnego" okresu. Mieli widocznie w którymś momencie czas słabości. Musicie bowiem wiedzieć, że rock progresywny nigdy nie zdobył mego serca (King Krimson i Jethro Tull raczej tu nie zagoszczą, co do Pink Floyd'ów - jest szansa), choć ponoć za prekursorów tego nurtu uznaje się moich ukochanych Beatelsów z ich Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band.

W każdym razie, zespół The Who, oprócz okresu "błedów i wypaczeń", w większości grał całkiem zgodnie z moją muzyczną filozofią, czyli prosto, bezpretensjonalnie i, rzecz jasna, melodyjnie. Jeśli płynie z moich przygód z The Who jakaś nauka, to taka, by - we wszelkim poznawaniu czegoś - nie zrażać się pierwszymi niekorzystnymi wrażeniami, by mieć dystans do początkowego rozczarowania. Filozofia ludowa i miłośnicy kotów ujmują to po prostu: pierwsze koty za płoty.

The Who - Substitute (1966)


 

środa, 16 lipca 2008
Reaktywacja przy szumie kojących mórz

W kwietniu tego roku jak grom z nieba gruchnęła wiadomość, że oto reaktywuje się zespół Beachwood Sparks. Że zagra na festiwalu uświetniającym XX rocznicę wytwórni Sub Pop, 12-13. lipca tego roku w Redmond, w stanie Washington. Oznaczało to powstanie z popiołów po jakichś 5-6 latach braku aktywności. Beachwood Sparks to mój - przy całej świadomości pretensjonalności brzmienia tego słowa - ukochany zespół. Nie dziw więc, że reaktywację przyjąłem z radością i to pomimo swojego wrodzonego sceptycyzmu co do cudownych reaktywacji (i do wszystkiego, co "cudowne" w ogóle) oraz zapowiedzi członków zespołu, że przynajmniej na razie trudno mówić o czymś więcej, niż o pojedynczym występie.

Zagrali. W minioną niedzielę, 13 lipca, dwa dni po pierwszych urodzinach mojego bloga (dopiero dziś zauważyłem, że Melodyjnie kończy rok!). Od dłuższego czasu planowałem tu "zagranie" piosenki The Calming Seas, właśnie z okazji tego come-back'owego koncertu muzyków z Los Angeles. Dziś patrzę, a na koncercie tym jako pierwszy utwór wykonali właśnie The Calming Seas. Żadne cuda -  po prostu zbieg okoliczności. Ale muzyka cudowna jak najbardziej.

Beachwood Sparks - The Calming Seas (2000)

sobota, 12 lipca 2008
Szczęśliwy dzień w chłodnym piekle

Piekło to jedno z bardziej istotnych miejsc w eschatologiach wielu religii. Bodaj większość ważnych religii świata ma w swoim systemie wierzeń miejsca, w których człowiek - jeśli za życia będzie czynił źle - po śmierci zazna tylko smutku, bólu i cierpień. Nie jest także prawdopodobne, by w piekle można było sobie słuchać swojej ulubionej, np. melodyjnej, muzyki. Główne religie świata, w tym chrześcijaństwo, wyobrażają sobie zazwyczaj piekło jako miejsce ulokowane pod ziemią, gorące (ogień piekielny) i wieczne. Dość pozytywnie na ich tle wypada buddyzm, który ma wprawdzie aż 16 piekieł (8 zimnych i 8 gorących), ale za to czas piekielnego turnusu może być skrócony.

Za pozytywne i humanitarne uważam też zróżnicowanie piekieł na 8 zimnych i 8 gorących. W przypadku zimnych piekieł traci ważność nasze rodzime powiedzenie "będziesz się smażył w piekle". Zamiast tego, buddysta może powiedzieć "będziesz się chłodził w piekle". Brzmi o wiele lepiej, zwłaszcza latem. Nie wiem, czy w którymś z szestastu buddyjskich piekieł dozwolone jest słuchanie muzyki. Jeśli nawet jest to możliwe w ograniczonym zakresie, raz na jakiś czas, to dzień taki musi być uznawany przez piekielników za dzień szczęśliwy.

 

 
Eels - Your Lucky Day In Hell (1996)
 
 
wtorek, 08 lipca 2008
(Nie) przejdziemy do historii

Krzysztof Klenczon

Artystów polskich tu tak mało, że każde pojawienie się takiego jest nie lada wydarzeniem. Dawno, dawno temu, grał w naszym kraju zespół o nazwie Czerwone Gitary. Zwani byli polskimi Beatelsami.  Przy całej przesadzie tego porównania (przypomina mi się słynna reklama Żywca "Prawie jak...") faktycznie, jeśli Seweryn Krajewski mógłby być Paulem McCartneyem, to naszym Johnem Lennonem - muzycznie i osobowościowo - mógłby być tylko Krzysztof Klenczon. Nie wiem dlaczego, ale z Klenczonem kojarzy mi się genialny polski piłkarz minionych lat, Kazimierz Deyna. I nie chodzi tu raczej o to, że obaj zginęli w wypadku samochodowym, obaj w USA, obaj w latach 80-tych. Chodzi o jakieś niespełnienie, które wyczuwam u obu, gdyż obaj, w swoich dziedzinach, mieli talent równy najlepszym na świecie.

Piosenka "Nie przejdziemy do historii" okazuje się być paradoksalną, gdyż Klenczon do historii, i to chwalebnej, jednak przszedł. Jest ów utwór wspaniałym połączeniem hard-rockowej niepokorności (zwrotki) i melodyjnej beztroski (refren).

 

 

 
Krzysztof Klenczon i Trzy Korony - Nie przejdziemy do historii (1971)
 
 
 
czwartek, 03 lipca 2008
Dziwni rodzice w środkowo-zachodniej Ameryce

Rodeo to bardzo popularny, zwłaszcza w zachodnich stanach USA, sport, na który składają się zazwyczaj konkurencje związane z końmi i krowami (choć częściej ich kolegami - bykami). Poza USA, rodeo organizuje się też przeważnie w zachodniej Kanadzie i w północnym Meksyku. Jest nawet rodeo oficjalnym, stanowym sportem w stanach Wyoming i Texas! Kto wie, może kiedyś rodeo będzie dyscypliną olimpijską, skoro mamy już np. na olimpiadzie skoki przez przeszkody na koniu. Na rodeo składa się kilka konkurencji (nie tylko te najbardziej znane, polegające na utrzymaniu się na wariującym koniu/byku), a wszystkie one sprawdzają zręczność, szybkość i siłę kowbojów i kowbojek, czyli cechy, które niegdyś były nieodzowne, by z sukcesem wypasać stada.

Zawodnikiem rodeo był m.in. tata podmiotu lirycznego tej oto pięknej piosenki The Magnetic Fields. Mama jego natomiast grała w zespole rock'n'rollowym. To wpływa na ciebie przez całe życie.

 

 
The Magnetic Fields - Papa Was a Rodeo (1999)