niedziela, 26 lipca 2009
Zamiast zespołu

Byłem wczoraj na dość nietypowym weselu, a główna nietypowość polegała na tym, że zamiast zespołu muzycznego, grał i zabawiał gości disc jockey, czyli DJ. Bardzo ciekawiła mnie taka forma zapewnienia oprawy muzycznej. Bałem się, że brakować mi będzie trąbek, klarnetów, tamburyna i oczywiście swojsko brzmiącego akordeonu. Myśl, że nie usłyszę polskich ludowych przyśpiewek, powodowała niepokój tym większy. Liczyłem, iż przynajmniej w muzycznych zbiorach DJ-a znajdzie się co nieco z rodzimego folkloru i disco polo.

Koniec żartów. Wesele od strony muzycznej oceniam zdecydowanie na plus - dzięki temu, że był DJ, a nia kolejna ekipa domorosłych, discopolowych grajków. Ocenę wystawiłem już na początku, przy powitaniu państwa młodych. Zagrano "All You Need Is Love" Beatelsów. (Chociaż, w małżeństwach różnie bywa. By oddać niepewność małżeńskiego losu możnaby też puścić "Rodzina słowem silna"  Piersi).

Pozostały repertuar był tylko niewiele gorszy, no ale w końcu nie mogłem oczekiwać, że całe wesele będą grali Beatelsi (bo na moim na przykład będą). Raz tylko pomyślałem sobie o panu DJ-u gorzej, gdy uszy me dosięgnęło znajome wycie wokalisty Feel ("Jest już ciemno"). W sumie jednak, wszystkim przyszłym państwu młodym opcję z DJ-em gorąco polecam, najlepiej z uprzednim sprawdzeniem listy utworów.

W częściach wesela poświęconych jedzeniu grano (do tzw. kotleta) utwory mniej taneczne. Podczas jednej z takich kotletowych sesji, usłyszałem piękną, a niesłyszaną wcześniej piosenkę Abby. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że Abba była zespołem świetnym, a pozostaje wciąż - paradoksalnie, pomimo sporej popularności - nieodkrytym. Trochę jak Beatelsami, których mniej znane, choć też piękne piosenki, mało kto zna.

__________

Przestałem jeść, a wytężyłem słuch, by złowić słowa piosenki. Złapałem "I can still" i "summer" i zapisałem sobie je w komórce, by dziś odnaleźć tytuł. Oto ona.


Abba - Our Last Summer (1980)

 


niedziela, 19 lipca 2009
Dezintegracja pozytywna

Jest kategoria piosenek, którą nazwę - z braku w tym momencie lepszego słowa - rozwalającymi. Czy może optymistycznie zasmucającymi? Owo rozwalenie czy optymistyczne zasmucenie polega na tym, że choć są to piosenki w zasadzie melancholijne a może i smutne, dobrze mi z nimi. Smutek ich jest jakiś słodki, budujący, pozytywny. Nie mogę powiedzieć, że dołują. Słyszałem kiedyś o teorii dezintegracji pozytywnej, polskiego psychologa Kazimierza Dąbrowskiego. Dostrzegam pewną analogię: po przeżyciu (a nie tylko wysłuchaniu) takich piosenek, faktycznie następuje coś jakby "odzyskanie zachwianej równowagi, scalenie jednostki na wyższym niż dotychczasowy poziomie".

Przykłady takich piosenek? "Ponce De Leon Blues" Beachwood Sparks, "Czerwony notes, błękitny prochowiec" Myslovitz, a ostatnio "Philadelphia" Mercury Rev (cover Neila Younga). Ci ostatni to w ogóle mistrzowie w tej kategorii piosenek, mocno za sprawą przejmującego głosu  Jonathana Donahue.

O tak. Słuchałem sobie któregoś dnia swojej całościowej playlisty, losowe wybieranie, miłe popołudnie, jakby nigdy nic. I iTunes wylosował "Philadelphię". I odłożyłem wszystko, słuchałem i było mi smutno i dobrze. I stałem się bardziej scalony i "na wyższym niż dotychczasowy poziomie".


Mercury Rev - Philadephia (1998)

 


wtorek, 14 lipca 2009
OK komputer

Dłuższa przerwa, nie ma co ukrywać. Mogła być jeszcze dłuższa, gdyby nie w miarę szybkie poradzenie sobie z komputerowym problemem, który tejże przerwy był przyczyną. Nie uświadamiałem sobie, że można aż tak zżyć się z maszyną. I co ciekawe, doszło to do mnie nie tyle wtedy, gdy komp się skopał (wtedy uświadomiłem sobie inną ciekawą rzecz, tę mianowicie, że naprawdę byłem bliski rzuceniem nim o ścianę), ale gdy dziś, już na poprawnie działającym sprzęcie instalowałem wszystkie te niezbędne (?) programy. Czułem się, jakbym ponownie meblował mieszkanie i bez wielu mebli nie mógł się obyć.

Pierwszym zespołem, który przychodzi mi na myśl w kontekście komputerowych awarii, jest Grandaddy, zwłaszcza z tytułem swej świetnej płyty "The Software Slump". W ogóle zespół m (pisałem już o nich) a filozofię podejrzliwą wobec techniki (czy technicyzacji), uprzemysłowienia i innych podobnych rzeczy.  Chciałem więc sobie posłuchać Grandaddy podczas moich momentami beznadziejnych zmagań z software'm i hardware'm, ale nie mogłem, bo... całą muzykę mam w komputerze, który nie działał. (Tak naprawdę mam jeszcze iPoda i stamtąd mogłem, ale chciałem, by zabrzmiało to efektownie). Teraz już dobrze, teraz już OK komputer.

Grandaddy - The Crystal Lake (2000)

 


niedziela, 05 lipca 2009

Niewiele jest krajów, do których mógłbym, na dłużej czy krócej, wyemigrować. Jest taki jeden, który ma beznadziejną pogodę, nienajlepsze jedzenie, którego reprezentacja piłkarska od dzieciństwa wygrywała z naszą, a do którego, mimo to, mógłbym wyjechać. Rosja? Nie, z Rosją zdarzało nam się wygrywać w piłkę. To Anglia oczywiście, czy szerzej - Zjednoczone Królestwo. Wszystko przez niezrównaną muzykę znad Tamizy. Bez niej ojczyzna Sheakspear'a byłaby dla mnie kolejnym zachodnim, zamożnym krajem, może nawet - przez tę piłkę - nielubianym. Od Niemiec o tyle tylko lepszym, że bardziej przyjaźnie do nas usposobionym w latach 1939-1945.

Od niedawna następuje zaawansowana już w skutkach reaktywacja zespołu, który jako jeden z bardzo pierwszych sprawił, iż ciepło zacząłem myśleć o Wielkiej Brytanii - zespołu Blur. Do dziś nie mogę zapomnieć, jak w połowie lat 90-tych, w Kielcach, chodziłem po sklepach muzycznych, pytając o kasetę zespołu wymawianego przez mnie "blur" (zamiast "bler"). I do dziś nie wiem, czy to, że prawie nigdzie go nie mieli, spowodowane było brakiem w zaopatrzeniu, czy brakami w moim angielskim. Sklepem, który miał Blura i którego sprzedawca zorientował się, że "blur" to "bler", był sklep Fan na ul. Sienkiewicza, wówczas i przez wiele lat chyba najlepszy sklep w mieście.


Moją ulubioną płytą Blur jest "Modern Life Is Rubbish", drugi z kolei album grupy, wydany w 1993 roku. Z pięknym, stylowym parowozem na okładce i z tytułem, który, nie wiedzieć czemu, tak samo bardzo spodobał mi się w liceum, jak i teraz, gdy trzydziestki dobiegam.

Blur - For Tomorrow (1993)