czwartek, 30 sierpnia 2007
Na Islandii spokojnie i ciepło [Mum]

 


źródło: www.jenyk.com

Pamiętam takie stwierdzenie z jakiejś dawno czytanej recenzji płyty Mum: to niesamowite, że na tak dalekiej, zimnej północy tworzy się muzykę tak pełną ciepła. Chciałem dziś to zdanie napisać jako moje, ale nie mogę: uczciwość przede wszystkim („Zasady zobowiązują” – J. Kaczyński). Ja za to mogę dodać od siebie, że w ciemnej (nie ze względu na niewyedukowanie mieszkańców, a ze względu na długie noce polarne) Islandii tworzy się muzykę jasną. W Islandii pełnej niespokojnych gejzerów ludzie układają dźwięki spokojne, kojące, hipnotyczne. Styl indie electronic w najlepszym, najmelodyjniejszym wydaniu.

Zespół założony w 1997 roku przez dwóch islandzkich chłopców i dwie islandzkie dziewczyny, bliźniaczki. Nie wiem jak chłopcy, ale bliźniaczki (bardzo ładne) odebrały klasyczną edukację muzyczną, grają bodajże na skrzypcach i wiolonczeli. To słychać. Jestem zdania, że dłuższa styczność z Bachem, Mozartem i resztą uszlachetnia muzycznie, wyrabia smak, uwrażliwia na to, co w muzyce najpiękniejsze, a więc melodię i harmonię.

Podoba mi się też tytuł pierwszej płyty Mum, „Yesterday Was Dramatic – Today Is OK”. Jest prosty, ale zarazem jakoś głęboko optymistyczny.

I sama nazwa zespołu – kojarzy się z mamą. Rekomendacji lepszej nie trzeba.

 

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Nieszczęśliwy, brytyjski folk-rockman [Nick Drake]

 

 

Tylko dwadzieścia sześć lat nieszczęśliwego, zniszczonego przez ciężką depresję życia. Aż (jak na tak krótki żywot) trzy piękne płyty, pierwsza nagrana już w wieku dwudziestu lat. Dziś, dzięki komputerom, w tak wczesnym wieku nagrywać mogą wszyscy. Dawniej, kiedy trzeba było jeszcze cokolwiek umieć (np. nieźle zagrać na gitarze), tak dobra i dojrzała muzyka tworzona i wykonywana przez dwudziestolatka to naprawdę coś.

Trudno uwierzyć, że te piękne, subtelne, kojące piosenki pisał człowiek, choć młody, tak mocno doświadczony przez życie. A może właśnie dlatego? Może cierpienie (ale w znośnych „dawkach”) niezbędne jest, by tworzyć rzeczy wielkie? Jako że to blog muzyczny, a nie filozoficzny, tematu nie rozwijam.

Lubię muzykę Drake’a za oszczędność środków. Jak mało kto pokazał, że gitara i głos to wystarczające „instrumenty” do stworzenia muzyki bogatej, klimatycznej i przede wszystkim autentycznej. Folk-rocka. Choć za życia mało popularny (bardzo nie lubił dawać koncertów), dziś Nick Drake jest ikoną brytyjskiej odmiany tego stylu. Szacunek.


'Fly' (1970)
'Northern Sky' (1970)
'Pink Moon' (1972)

 

czwartek, 23 sierpnia 2007
Chłopaki od Algidy [Supergrass]

 

 

To był początek lat 90-tych i w TV zobaczyłem reklamę lodów Algida. Na kapitalnym filmie z kapitalną muzyką, trzech uroczych, długowłosych młodzieńców biegało, śmiało się i jeździło na rowerach. Wydawało mi się, że był to jakiś zespół muzyczny, ale jaki – wówczas, nie mając internetu, nie miałem prawa się dowiedzieć. Dowiedziałem się kilka lat później i to przez przypadek. Koleżanka jadła lody Algida, czy może tylko wspomniała o lodach, czy może... no nieważne. W każdym razie powiedziałem jej o tej fantastycznej reklamie z dawnych lat, a ona powiedziała mi, że zespołem z reklamy był zespół Supergrass.

Tego samego dnia (a może nawet wcześniej...) zjawiłem się w sklepie, by wspólnie z inną koleżanką kupić kasetę. Oryginalne kasety były wówczas dla nas ciągle drogie, więc zdecydowaliśmy się połączyć nasze finansowe siły. I oto była. Album nie miał co prawda tej genialnej piosenki z reklamy Algidy („Allright”), ale sam też był fenomenalny i do dziś, choć muzycznie jestem ciut gdzieś indziej, uważam płytę „Supergrass” za jedną z najlepszych pop-rockowych płyt wszechczasów. Może nawet byłaby w mojej pierwszej, subiektywnej, dziesiątce najlepszych płyt, chociaż nigdy – pomimo wysiłków – nie udało mi się zbudować takiej dziesiątki...

Muzyka Supergrass? Młodość, werwa, energia, pomysłowość, pozytywność, radość. Choć i nutka melancholii się znajdzie, jak w piosence „Mama and Papa”, kończącą wspomniany album, którą to piosenkę – no cóż, pochwalę się – umiem zagrać (na gitarze) i zaśpiewać (ustami).

A owa piosenka z reklamy Algidy tu.

 

poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Eklektyczny, countrowy psychodelik [Beck]


Eklektyk, a przecież średnio lubię muzyków łączących style. Wolę artystów określonych, zwłaszcza gdy chodzi o moje klimaty muzyczne. A Beck próbował już wielu rzeczy: od rapu, poprzez pop, dźwięki brazylijskie, aż po country. Jest jednak w jego bogatym już dorobku płyta, która trafia do mnie prawie idealnie, prawie w sam środek mojej muzycznej duszy i prawie nie robi tu wielkiej różnicy (wyraz ”prawie” usunę przy okazji muzyki chyba tylko jednego zespołu). Płytą tą jest „Mutations” z 1998 roku. Cóż więc ma ten album? Co sprawia, że jest, jak to czasem nazywam, z mojej muzycznej parafii, a nawet bliżej?Może to klimat leniwego, gorącego, późnego popołudnia w którymś z pustynnych stanów USA. Country? Tak, to country. Psychodeliczne, melodyjne, trochę zdystansowane, mające w sobie jakąś pozytywną rezygnację, jakieś słodkie poddanie się. I melodię.

Dla mnie to jedna z płyt-reprezentantek, a może i płyt-założycielek stylu alternative country-rock. Stylu, którego najsmakowitszym owocem, zespołem, którego muzyka trafi w sam środek (bez „prawie") mojego muzycznego serca, będzie Beachwood Sparks.

Jeszcze co do pana Becka, przyznam, że nie znam jego ostatnich płyt. Jeśli jednak któraś zbliża się do „Mutations”, warta jest wiele. Pędzę zatem do sklepu! ;)

Beck - "We Live Again"

 

 

czwartek, 16 sierpnia 2007
Płeć i muzyka piękna [Au Revoir Simone]

 

 

Trzy piękne dziewczyny, trzy piękne głosy, jedna piękna muzyka. Nie pamiętam, w jaki sposób odkryłem zespół Au Revoir Simone. Musiał to być internet. Już po przesłuchaniu kilku piosenek wiedziałem, że dziewczyny nadają na podobnych do moich, melodyjnych muzycznych falach. (A po wizycie na ich stronie i zobaczeniu zdjęć, zamarzyłem nawet, by zostać członkiem zespołu).

Grają muzykę prostą i uroczą. Sporo w niej elektroniki, ale ciepłej, kojącej. Nie ma się wrażenia, że członkinie zespołu mieszkają w hałaśliwym Nowym Jorku. To muzyka jakby ze statku kosmicznego, statku lecącego do muzycznej galaktyki łagodności, harmonii, prostoty i... melodyjności.

 

poniedziałek, 13 sierpnia 2007
Mysłowice leżą w Wielkiej Brytanii [Myslovitz]

 

Pora na pierwszy polski, melodyjny zespół na Melodyjnie.blox.pl. I od razu mocny gitarowy akord, mocny riff – Myslovitz. Bez wahania stwierdzam, że to dla mnie najlepszy współczesny polski zespół. Choć od jakiegoś 2000 roku raczej mnie zawodzą niż oczarowują, to za całe lata 90-te mają u mnie wdzięczność i wspaniałą pamięć. Jeśli nie pierwszy, to na pewno najlepiej w Polsce reprezentujący britpopowe ideały zespół w tamtym czasie. Czasem aż nie chce mi się wierzyć, że w naszym kraju – pełnym tak koszmarnego muzycznego bezguścia, w którym większość nawet rockowych idoli dla mnie jest toporna – uznanie zdobył zespół tak mocno nawiązujący do brytyjskiego rocka ostatniej dekady XX wieku. Ściana gitar i dobra, chwytliwa melodia. Ten prosty (choć dla wielu tak trudny) przepis na kapitalną muzykę rodem z wysp zaszczepili Artur Rojek z kolegami na polskim gruncie.

Ukoronowaniem britpopowej ścieżki, którą podążali w pierwszych płytach, była wydana w 1998 roku „Z rozmyślań przy śniadaniu”. Arcydzieło. Najlepsza polska płyta rockowa lat 90-tych, a chyba i najlepsza polska płyta rockowa w ogóle (subiektywnie, dla mnie). I choć potem, począwszy od płyty „Miłość w czasach popkultury” zespół wszedł na bardziej... popkulturową (choć nadal melodyjną) ścieżkę, to za lata 90-te, za to piękne, gitarowe granie są dla mnie na zawsze wielcy.

'Z twarzą Marilyn Monroe' (1996)
'Peggy Brown' (1996)
'Scenariusz dla moich sąsiadów' (1997)

 

 

czwartek, 09 sierpnia 2007
Dziadek country-rocka [Bob Dylan]

Aż nie chce się wierzyć, jak wiele zespołów – dziś legendarnych – inspirował. Wystarczy, że wspomnę, iż był idolem Beatelsów. Podczas ich pierwszego turnee po Stanach Zjednoczonych, gdy byli już gwiazdami, spotkanie z nim przeżyli najbardziej. Sam jest zresztą trochę jak Beatelsi. Wszyscy chyba słyszeli to nazwisko, ale bardzo nieliczni są świadomi tego, co rzeczywiście zrobił dla melodyjnego skrzydła muzyki rockowej. Założę się, że utwór „Knocking on Heaven’s Door” większość zna w wykonaniu Guns’n’Roses, a nie właściwego twórcy piosenki, Boba Dylana. Określenie człowiek-instytucja jest oklepane i brzmi banalnie. Dziadek country-rocka – już lepiej ;)

Dla mnie, bardzo osobiście, najbardziej charakterystyczna jego piosenka to "Blowin' in the Wind". Gitara, śpiew i harmonijka. Prostotą, surowością, ale i nieprawdopodobną autentycznością utwór trafia w samo serce. Żyj 1000 lat dziadku Dylanie!

 

środa, 01 sierpnia 2007
Liryczny hałas [The Pixies]

Zwykle jest tak, że najpierw poznajemy zespoły najsłynniejsze, dopiero potem odkrywając ich - mniej słynnych - prekursorów i inspiratorów. Wielu (jak ja) najpierw zachwyciło się britpopem, by potem dotrzeć do Beatelsów. Wielu kochało Nirvanę, nie wiedząc lub dowiadując się później, że trochę przed Nirvaną kapitalne połączenie szorstkości, głośności i hardu z jednej strony oraz melodyjności i liryczności z drugiej zaprezentowali The Pixies.

Założeni w Bostonie w 1986 roku, skończyli żywot siedem lat później, wydając ledwie cztery albumy. Wśród nich jednak kapitalny Doolittle z 1989 roku, dla mnie będący kwintesencją grunge'u, Biblią tego stylu muzycznego. Głośność, szorstkość i energia gitar. Buntownicza melodyjność głosu wokalisty. Wszystko razem nie pozbawione liryczności i - co oczywiste - m e l o d y j n e.