niedziela, 30 września 2007
Kowboje z Dublina [The Thrills]

 

Chłopaki z Dublina, ale  serca ich najwidoczniej w Californi albo w którymś z countrowych stanów Środkowego Zachodu. Bo czy przez przypadek tytuły ich niektórych piosenek to ‘Big Sur’, ‘Your Love Is Like Las Vegas’ czy ‘Hollywood Kids’? Nieprzypadkowo także częste w ich utworach brzmienie banjo czy harmonijki ustnej. A jeśli dodamy inspiracje The Byrds i The Beach Boys, to mamy kowboi jak malowanych. A że urodzili się akurat w Dublinie? Cóż, traf chciał.

 

Poza countrowymi inspiracjami, pięknymi harmoniami (wielogłosowością) i chwytliwymi melodiami, lubię The Thrills za jeszcze jedno. Za nutkę refleksji nad (jakkolwiek pompatycznie to zabrzmi) życiem. Przyznam, że nigdy nie wgłębiłem się w słowa piosenki ‘Old Friends, New Lovers’, ale już sam tytuł zawiera jakąś prostą mądrość. Choć może nie najweselszą, to najsmutniejszą też nie. Z kolei piosenka ‘You Can’t Fool Old Friends With Limousines’ to refleksja nad tymi, którym po zdobyciu pieniędzy i sławy odbiła, mówiąc kolowialnie, szajba.


A w dowód na to, że mi również, pomimo rosnącej popularności Melodyjnie.blox.pl szajba (jeszcze) nie odbiła, dzielę się z Wami trzema piosenkami The Thrills z ich debiutanckiego albumu ‘So Much For The City’ z 2003 roku.

 

Big Sur
One Horse Town
Santa Cruz


 

czwartek, 27 września 2007
Warto mieć starszą siostrę [Eels]

 

Okładka płyty zespołu Eels "Electro-shock blues" z 1998 roku wiele mówi o zawartości płyty i ogólnie o muzyce Eels. Okładka odzwierciedla dziecięcą wręcz prostotę piosenek, kilka z nich faktycznie mogłoby być puszczanym maluchom przed snem. Harmonia, łagodność, spokój. Aż nie chce się wierzyć, że muzykę taką stworzyła osoba będąca w młodości na bakier z prawem i wyrzucona ze szkoły.

Mowa o Panu Marku Olivierze Everett'cie, znanym pod pseudonimem "E", twórcy, mózgu, a czasem wydaje się, że jedynym członku grupy. Do muzyki zainspirowała go ponoć obszerna i świetna płytoteka starszej siostry. Siostro "E", w imieniu świata muzyki melodyjnej dziękuję Ci, że wśród płyt miałaś również dzieła melodyjne. Mały Mark szybko sięgnął nie tylko po dobre płyty siostry, ale i domowe instrumenty muzyczne, gitarę i pianino. Wyrósł na wielką postać amerykańskiego pop-rocka i post-grunge'u. Siostro, jeszcze raz dzięki!

A z YouTube'owego skarbczyka piosenek Eels'ów możecie usłyszeć m.in. te:

"Your Lucky Day In Hell" (1996)
"Novocaine For The Soul" (1996)
"P.S. You Rock My World" (1998)
"Electro-shock Blues" (1998)

 

niedziela, 23 września 2007
Na szczęście tylko trzy osoby [Kevin Arnold]

 

Drugi, po Myslovitz, polski zespół wśród prezentowanych tu grup wiernych melodyjnej tradycji rockowego grania. Znów zespół poznany późną nocą, tym razem podczas audycji radiowej – w „Trójce”. Noc to chyba najlepsza pora do odkrywania nowych zespołów, a pewnie i do słuchania muzyki w ogóle. Pamiętam, że tamtej pamiętnej nocy prowadzący audycję, prezentując zespół Kevin Arnold, puścił piosenkę „Farelka”. I nie mógł wybrać lepiej, gdyż do dziś uważam tę piosenkę – pomimo jej prostoty, a może właśnie dzięki niej – za arcydzieło polskiego melodyjnego grania niezależnego.

 

Tymczasem po tamtej audycji straciłem zespół z oczu. Było to jeszcze w czasach (przynajmniej dla mnie) przedinternetowych i nie miałem możliwości ani pomysłu na dotarcie do muzyki zespołu. Ale po roku, dwóch, gdy już z internetem byłem za pan brat, znalazłem stronę Kevin Arnold i ośmieliłem się napisać maila z pytaniem o możliwość zakupu jakiejś ich płyty. W natychmiastowej odpowiedzi lider grupy, Tomek Bedynek, napisał, że wydanej oficjalnie płyty jeszcze nie mają, ale wyśle mi demo – gratis, a jeśli uważam, że cokolwiek będzie warte, żebym wysłał „co łaska”. Demo z, jak się potem okazało, materiałem pierwszej płyty grupy, „Szlafrock Superstars”, warte było wiele, więc z chęcią wysłałem grupie pieniądze na dobre piwo dla wszystkich członków zespołu (na szczęście liczy on trzy osoby, a nie, jak np. (świetna!) The Polyphonic Spree, ok. dwadzieścia trzy).

 

Kolejne płyty grupy, choć fanom melodyjnych brzmień też warte polecenia, dla mnie mają mniej tego, za co debiutancką „Szlafrock Superstars” uważam za kultową – za prostotę i bezpretensjonalność. Za to przy najbliższej okazji znów gotów jestem całej grupie postawić piwo (o ile oczywiście nie rozbuduje się do dwudziestu trzech osób ;)

 

Oficjalna strona zespołu.

piątek, 21 września 2007
Trzy piękne litery melodyjnego rocka [R.E.M.]

 


R.E.M. (1984)

Żywa legenda. Gdy czasem myślę o największym zespole jakim znam, to wśród zespołów, które mogłyby zagrozić Beatelsom, z pewnością jest R.E.M. Być może zaskoczeniem dla wielu będzie fakt, że R.E.M. gra już dwadzieścia siedem lat. Zespół starszy ode mnie o rok, więc – jako prawie rówieśnicy – od początku doskonale się zakumplowaliśmy. W późnych czasach licealnych mój piękny, zielony plecak (tzw. kostkę) zdobiły litery nie inne jak właśnie „r”, „e” oraz „m”.

Trudno zwięźle opisać muzykę R.E.M, gdyż ta – w ciągu tych 27 lat – mocno ewoluowała i dziś mało kto poznałby, że dzisiejsza twórczość grupy (bogata w elektronikę) i twórczość wczesnych lat 80-tych (surowe, ascetyczne instrumentarium) to dzieło tych samych osób. Jest jednak jeden wspólny rys, wspólny motyw, jednocząca te różne okresy filozofia muzyczna, której R.E.M. pozostało do dziś wierne – to filozofia melodyjności. R.E.M. to, jak Beatelsi, klasycy rockowej przebojowości. Napisali mnóstwo piosenek dających się po prostu (ale jakie to ważne!)  z a n u c i ć.

Każdy fan R.E.M. z pewnością ma swoje ulubione płyty czy piosenki. Dla mnie szczytowy okres w historii grupy to lata 1989-1998, zwłaszcza płyty „Out of Time” (1991), „Automatic for the People” (1991) i „Up” (1998). Piosenka, którą Wam załączam, nie jest może najbardziej znana i grana przez stacje. Od jakiegoś jednak czasu uważam ją za bardzo REM-owską (stonowana radość, pozytywny klimat, optymizm), teledysk zresztą też.

„Near Wild Heaven” (1991)

 

poniedziałek, 17 września 2007
Muzyka jak magnes [The Magnetic Fields]

Z wielką przyjemnością przedstawiam Wam zespół The Magnetic Fields. Odkryłem go w jakimś 2000 roku na niezapomnianym telewizyjnym kanale muzycznym Viva2, w którymś z późnonocnych programów.

Pierwsze skrzypce w zespole gra Stephin Merrit. Pisze piosenki, jest producentem, śpiewa i gra. A gra chyba na wszystkim, może jedynie właśnie poza metaforycznymi skrzypcami. Dzielnie wspiera go, grając na perkusji, pianinie, śpiewając i managerując grupie, koleżanka z czasów licealnych, Claudia Gonson. Style jakie krytycy przypisali Magnetic Fields to synth pop, indie pop, lo-fi, indie electronic i alternative pop-rock, ale wiadomo, że żadna nazwa stylu nie odda w pełni tego, co w muzyce danej grupy jest esensją, co sprawia, że jakiś zespół uwielbiamy.

Z zespołem tym kojarzy mi się słowo „fenomenalni”. Fenomenem jest na przykład używać tak różnych instrumentów, a jednak tworzyć muzykę spójną, zawsze charakterystyczną, zawsze mającą to swoje „coś”. Fenomenem jest też pisać piosenki prawie wyłącznie o miłości, a jednak nienudząco, niebanalnie, inteligentnie i z humorem.

Właśnie miłości poświęcone jest bez wątpienia największe dzieło Magnetic Fields, wydany w 1999 roku trzypłytowy album „69 Love Songs”. Składa się on faktycznie z trzech płyt i zawiera rzeczywiście 69 piosenek, a każda jest o miłości. Miłości we wszystkich aspektach – od czysto fizycznego (ciekawe skąd taki tytuł albumu...) aż po wznioślejsze, jak w piosence „Let's Pretend We're Bunny Rabitts” (żartuję).

Do posłuchania: „Chicken With Its Head Cut Off", „I Don’t Believe You”, “100 000 Fireflies”.

piątek, 14 września 2007
Esencja brytyjskiego grania? [The Kinks]

 

 

Zespół odkryty przeze mnie niedawno. Znałem go wprawdzie z nazwy, ale jakoś nie kojarzyłem, co też The Kinks stworzyli. Odkryłem ich – gdzież by indziej! – na Wyspach tego lata, a pomocne okazało się w tym goszczące na zakładkach Melodyjnie.blox.pl Radio Virgin. Choć komercyjna, kapitalna brytyjska stacja.

Zaczynali równo z Beatelsami i Stones’ami, ale to nie im dane było zwojować świat. Być może powodem tego był zakaz wjazdu do USA, jaki przez cztery lata ciążył na zespole w kluczowej, drugiej połowie lat 60-tych (do dziś nie wiadomo, jaka była przyczyna zakazu). Być może też niewypłynięcie na szerokie, światowe wody sprawiło, że The Kinks intensywniej czerpali z rodzimej tradycji muzycznej. Dziś to ich muzyka przez niektórych uważana jest za esencję brytyjskiego grania.

Z dwóch muzycznych twarzy The Kinks – ostrzejszej, Stones'owskiej i melodyjniejszej, Beatels'owskiej – bliższa jest mi zdecydowanie ta druga. To jej reprezentantką jest śliczna „Waterloo Sunset”, dzięki której (i dzięki Radio Virgin) tego lata, na Wyspach, odkryłem The Kinks. Ktoś, kto uwielbia Beatelsów, zwłaszcza ich „środkowy” okres (np. płyta „Rubber Soul”), pokocha też „Waterloo Sunset”.

Zanim jednak pokocha, znajdzie ją tu. Natomiast inną słoneczną piosenkę The Kinks, „Sunny Afternoon”, znaleźć można tu.

 

poniedziałek, 10 września 2007
Takiemu popowi mówimy "tak", a zespół nazywa się... [Fleetwood Mac]

 

Zespół dowodzący, że kiedyś czasy dla muzyki były lepsze niż dziś. Kiedyś muzyka pop zasługiwała na zaszczytne miano muzyki. Dziś muzyka pop z jej gwiazdami z MTV to bardziej p r o d u k c j e muzyczne. Produktami są gwiazdy i produktami są ich piosenki. Tak naprawdę mógłby je pisać komputer, w oparciu o badania słuchalności. Muzyka jest tu przemysłem (fuj).

A kiedyś, dawno dawno temu, za górami, za lasami, za morzem (a właściwie za kanałem La Manche) panowie Mick Fleetwood i John McVie założyli zespół, który w zasadzie był popowy, co najwyżej pop-rockowy, ale był potwierdzeniem, że pop może być muzyką dobrą i wartościową. A że jest też melodyjną i że melodyjnie grali i śpiewali Fleetwood Mac, goszczą dziś na Melodyjnie.blox.pl.

Ich chyba najbardziej znany kawałek to „Tell Me Lies”. Jest w tej piosence jakaś chwytająca lekko za sercę melancholia, jakiś leciutki, nieuświadomiony żal i to niezależnie od słów. A może tylko ja tak ją odbieram? Z kolei „Everywhere” to eleganckie, subtelne, piękne wyznanie komuś, że chciałoby się być z tym kimś wszędzie. Piosenka często grana w moim sklepie „Albert” na Karolkowej, dzięki czemu nawet dylemat „jakie kupić masło” milszy czasem jest do przemyślenia.

Obu piosenek możecie posłuchać – za pośrednictwem portalu YouTube – klikając tu ("Tell Me Lies") oraz tu ("Everywhere").

 

czwartek, 06 września 2007
O dwojgu takich, co się wkurzyli i założyli... [The Raveonettes]

 

 

Raveonettes poznałem podczas audycji radiowej w którejś z warszawskiej rozgłośni akademickiej, w czasach, kiedy nie dorobiłem się jeszcze telewizora i słuchałem radia. Był ciemny, jesienny wieczór, pan puścił piosenkę „Here Comes Mary” zespołu o nazwie „Rejwonets” (wtedy nie miałem pojęcia jak to się pisze więc niemało trudu sprawiło mi znalezienie potem w internecie właściwej nazwy zespołu) i momentalnie zrobiło się jasno, wiosennie i porannie.

Dla fanów muzyki melodyjnej każdy zespół, którego członkowie wychowali się na The Beatles i The Velvet Underground z jednej strony oraz na Sonic Youth i The Jesus and Mary Chain z drugiej, musi być wart uwagi. Takie właśnie młodzieńcze fascynacje miał duet Duńczyków Sune Rose Wagner i Sharin Foo – założyciele i członkowie The Raveonettes. Ona dała beatelsowską melodyjność i harmonię, on dołożył psychodelię brzmienia The Jesus and Mary Chain. Powstało dziecko w pełni wyrażające styl muzyczny, który górale nazywają noise pop.

Fama głosi, że Sune i Sharin stworzyli Raveonettes częściowo wskutek rozczarowania duńską sceną muzyczną. Oby jeszcze u nas w Polsce jacyś zdolni, melodyjni ludzie też porządnie się rozczarowali.

 

poniedziałek, 03 września 2007
Kalifornijscy, słoneczni surferzy [The Beach Boys]

 

Po Beatelsach i Bobie Dylanie kolejni ojcowie-założyciele melodyjnego skrzydła muzyki rockowej. W latach 60-tych byli bogami Ameryki, zwłaszcza amerykańskiej młodzieży, zwłaszcza tej zamożniejszej, tej, którą stać było na pożyczenie od ojca w sobotni wieczór samochodu, by pojechać za miasto i wspólnie z dziewczyną/chłopakiem patrzyć na gwiazdy.

Gdy słyszę The Beach Boys, mam odczucie, że lata 60-te w USA były piękne, słoneczne, łatwe, dziecinnie fascynujące. Potwierdziłby to z pewnością bohater fantastycznego serialu "Cudowne lata" Kevin Arnold, któremu przyszło cieszyć się dzieciństwem właśnie w tamtym czasie. Choć z przygodami, dorastał raczej harmonijnie. Tak samo harmonijna jest muzyka The Beach Boys. Chyba nie znam drugiego zespołu pop-rockowego, którego członkowie potrafiliby wyśpiewywać tak cudowne harmonie w dwu-, trzy- i czterogłosie.

Autorzy niezapomnianych, amerykańskich szlagierów lat 60-tych, jak „Surfin' USA” czy „Fun, Fun, Fun”. Być może pozostaną kojarzeni – niesłusznie! – tylko z nimi. Toteż mam dziś dla Was, sympatyczni melodyjni czytelnicy, dwie piosenki mniej znane, a chyba piękniejsze. Tę pierwszą możecie zanucić swojej drugiej połówce, kiedy już poczujecie, że „Bóg jeden wie, co zrobilibyście bez niej”, a dzięki tej drugiej przez moment znajdziecie się na cudownej plaży Aruby lub Jamajki.