niedziela, 28 października 2007
Najpiękniejsza piosenka o niedzieli - The Velvet Underground

 

Brian Eno, który z pewnością też pewnego dnia na Melodyjnie.blox.pl zagości, miał podobno kiedyś powiedzieć o grupie The Velvet Underground, że chociaż ich pierwsze płyty były kupowane średnio przez zaledwie kilka tysięcy fanów, to dla każdego z nich muzyka grupy była inspiracją do tworzenia własnej i założenia swojego zespołu. Całkiem możliwe. Można bowiem powiedzieć, że The Velvet Underground, oprócz robienia tego, "co do nich należało", czyli wpisywania się w piękną tradycję melodyjnego grania, robili coś ponad, eksperymentowali z formą i dźwiękiem, wyznaczali nowe horyzonty dla takich nieznanych jeszcze wówczas gatunków, jak New Wave czy Proto Punk.

Założeni w 1964 w Nowym Jorku przez Lou Reeda i Walijczka Johna Cale'a, który przybył do stolicy świata studiować tam muzykę klasyczną. Nie pierwszy raz przekonuję się, że klasyczne wykształcenie muzyczne wspólne jest wielu członkom melodyjnie grających bandów, tak jakby zgłębianie Bacha, Beethovena i Mozarta kształtowało wrażliwość muzyczną wyraźnie ku melodii i harmonii. Ma więc rację Zbigniew Wodecki, gdy w swym pięknym szlagierze śpiewa "Zacznij od Bacha".

Choć piosenek ze słowem "niedziela" w tytule nagrano bez liku, dla mnie najpiękniejszą jest "Sunday Morning" Velvetów. W ogóle uważam ją za jedną z najpiękniejszych piosenek ever, a mocne te słowa uzasadniam czymś... obiektywnie nieuzasadnialnym - po prostu od zawsze piosenka ta jakoś szczególnie chwytała mnie za serce.

'Sunday Morning' (1967)
'There She Goes' (1967)
'Run Run Run' (1967)
'After Hours' (1969)
'Who Loves the Sun' (1970)
'Take a Walk on the Wild Side' (1972) (Lou Reed solo)

czwartek, 25 października 2007
Chłopcy grzeczni, że aż... - Herman's Hermits

 

Chłopcy, przynajmniej sądząc po wyglądzie, grzeczni aż do nudności. Jeśli Beaelsi wyglądali przy Stones’ach jak porządni ministranci, to Herman’s Hermits tak samo wyglądają przy Beatelsach. Mili, czyści chłopcy z sąsiedztwa, z którymi nasze babcie o wiele chętniej puszczałyby na randki nasze mamy niż z Lennonem, nie wspominając o Jaggerze.

Może właśnie tej odrobiny zadziorności zabrakło, by stać się rzeczywistą legendą, taką jaką stali się z czasem i Beaelsi i Stones'i. Podobno byli tuż tuż za Beatelsami, drugim na Wyspach zespołem grającym melodyjnego rocka. Dwadzieścia ich singli trafiło do czołowej czterdziestki lat 1964-1970 w Ameryce i Anglii. Cóż z tego, skoro dziś żaden z nich nie jest znany tak, jak szlagiery czwórki z Liverpoolu czy Jaggera i kolegów.

A niesłusznie, bo conajmniej kilka z dawnych hitów Hermitsów zasługuje, by gościć na playlistach wielbibieli melodii i harmonii. Spośród zaś teledysków wart obejrzenia zwłaszcza trzeci ('Bus Stop'), na którym na początku, śpiewający Peter Noone na słowo „umbrella” robi ręką parasol. Mick Jagger przy nim to sztywniak.

'I'm Henry the 8th, I am' (1965) 
'No Milk Today' (1966)
'Bus Stop' (1966)

 

niedziela, 21 października 2007
Gdy futbol wraca do domu - The Lightning Seeds

Ciągle mocno niezrozumiałe dla mnie jest, dlaczego, pomimo tego, że tak uwielbiam brytyjską muzykę, nigdy nie lubiłem angielskiej piłki nożnej. Nigdy nie kibicuję Anglikom i zawsze bardzo się cieszę, gdy odpadają z turniejów mistrzostw Europy czy świata. Tak samo jest teraz, kiedy angielska drużyna piłkarska ma poważne kłopoty w swojej grupie eliminacyjnej i na mistrzostwa może w ogóle nie pojechać. Skrycie życzę im, by nie awansowali :)

Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która w angielskiej piłce mi się podoba, to byliby to kibice. Jest w angielskim kibicowaniu jakaś piękna duma, jakaś szlachetność. Tak jakby mieli w podświadomości, że to właśnie z ich kraju pochodzi nowożytna piłka nożna. Żaden hymn nie brzmi tak podniośle i dumnie jak śpiewany przez kibiców hymn angielski. O angielskim kibicowaniu opowiada piosenka zespołu The Lighning Seeds - "Three Lions", napisana z okazji organizowanych przez Anglików mistrzostw Europy w 1996 roku. Poza warstwą czysto muzyczną (ech, te złote lata britpopu), kapitalne są też słowa, a wers thirty years of hurt never stopped me dreaming wyraża wręcz istotę kibicowania w ogóle, nie tylko angielskiego.

A sam zespół? Założony w 1989 roku przez Iana Broudie jest w dużej mierze jego osobistym projektem. Brodie miał już wówczas 31 lat i był mężczyzną po - muzycznych - przejściach. Dowiódł tym samym, że na założenie nowego zespołu i granie dobrej muzyki nigdy nie jest za późno.

'Pure' (1989)
'Three Lions' (1996)

 

czwartek, 18 października 2007
Historia z rowerem w tle - Stereolab

Zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób i dzięki komu lub czemu poznałem zespół Stereolab. Pamiętam jednak, że spodobał mi się w tamtym czasie tak bardzo, że gdy kupowałem swej siostrze urodzinowy prezent, to kupiłem jej właśnie pierwszą płytę Stereolab, zupełnie nie wiedząc, czy jej się spodoba. Wiedziałem za to, że spodoba się mi i że będę sobie mógł od niej przegrać płytę. Tak to czasem miłość do melodyjnej muzyki każe nam czynić rzeczy brzydkie.

Delikatne, kobiece głosy, ładne melodie, a do tego gitarowo-elektroniczne, nietuzinkowe, rzekłbym inteligentne wręcz aranżacje. I do 2002 roku w tle większości piosenek anielskie chórki Mary Hansen. W tym to roku druga wokalistka, gitarzystka i keybordzistka Stereolab zginęła w wypadku, jadąc na rowerze. Śmierć rockmanów od zawsze kojarzyła mi z alkoholem, narkotykami i samobójstwem. Śmierć na rowerze wygląda tu jakoś niewinnie, jakby anielsko – tak jak anielskie były chórki Mary Hansen.

'Jenny Ondioline' (1993)
'John Cage Bubblegum' (1995)
'Cybele's Reverie' (1996)

i jeszcze 'Super Falling Star' (1992) - teledysk z cyklu 'nudziło mi się samemu w domu...'


 

poniedziałek, 15 października 2007
Czciciele zbuntowanej jednostki - Radiohead

 

I znów na naszym melodyjnym blogu żywa legenda. Cóż jeszcze można napisać o zespole, o którym już za życia się książki (do dziś conajmniej osiem), o którego płytach mówi się, że tworzą historię rocka? Mimo wszystko, spróbujmy.

Dziś o Radiohead głośno ze względu na najnowszą, wydawaną właśnie płytę ‘In Rainbows’. No właśnie – wydawaną? Wydawanie płyty sugeruje istnienie jakiegoś wydawcy, tymczasem Radiohead (uwaga!) po prostu umieszczają wszystkie piosenki w sieci, zapewniają do nich pełen dostęp, a oczekiwana przez Thoma Yorke'a i kolegów zapłata to – jakże niecodziennie w dziesiejszych czasach ohydnej komercji i bezwględnego kapitalizmu brzmiąca – „co łaska”... Nie wiem, czy krok Radiohead zapoczątkuje jakiś większy trend w światowym przemyśle muzycznym. Jeśli tak, to grupa z Oxfordu może być w przyszłości bohaterką książek nie tylko o muzyce, ale i ekonomicznych.

Pomijając wielką, od zawsze oszałamiającą muzykę Radiohead, bardzo podobają mi się teledyski Oksfordczyków. W kilku z nich dostrzegłem wspólny motyw buntu prześladowanej (‘Karma Police’), upokarzanej (‘Rabbit in Your Headlights’) i zagonionej (‘Just’) jednostki, która ostatecznie powstaje z kolan i mści się na oprawcach. Aczkolwiek, są i teledyski w miłej tonacji. Przynoszę Wam ich moc, wszystkie – oczywiście – za darmo :)

Just’ (1995)
'Bulletproof' (1995)
Karma Police’ (1997)
No Surprises’ (1997)
Rabbit in Your Headlights’ (1998) (projekt T. Yorke'a i DJ Shadow - Unkle)

 

czwartek, 11 października 2007
Koledzy Kurta Cobaina [The Vaselines]

 

 

Nie ma co ukrywać: gdyby nie Nirvana, zespół The Vaselines pozostałby pewnie znany co najwyżej w swej rodzinnej Szkocji. Nie wiadomo dlaczego Kurt Cobain wśród pewnie wielu znanych mu (a nieznanych w świecie) zespołów upodobał sobie właśnie szkockie „Wazelinki”. Pewnie nawet sam Kurt Cobain o tym nie wiedział. Aczkolwiek, gdy słyszę „Jesus Don’t Want Me For a Sunbeam” wydaje mi się, że to bardzo nirvanowska piosenka, tak jakby duch Cobaina w chwili tworzenia piosenki przeleciał przez Atlantyk i wstąpił w ciała muzyków The Vaselines.

Już sam ten fakt (no, powiedzmy, że fakt) sprawia, że melodyjnym Szkotom warto się przyjrzeć – by uświadomić sobie, że zasługują na poczesne miejsce w historii rocka nie tylko jako dostarczyciele materiału do coverów Nirvanie.

Wazelina kojarzy się raczej negatywnie – albo z wazeliniarstwem albo z techniką seksualną niekoniecznie popieraną przez polski episkopat. Odkąd bliżej poznałem The Vaselines, wazelina kojarzy mi się z energiczną, lekko niepoprawną, ciut punkową, przebojową, no i – jakże by inaczej – melodyjną muzyką. Wartą sprawdzenia nie tylko ze względu na rekomendację pana Cobaina.

'Dying for it' (1987)
'Jesus Don't Want Me For a Sunbeam' (?)

 

niedziela, 07 października 2007
Radykalni anty-gwiazdorzy [The New Radicals]

 

Zawsze myślałem, że to zespół angielski. Znałem co prawda tylko jedną jego piosenkę ('You Get What You Give'), ale była ona dla mnie na wskroś brytyjska. Prowadzenie muzycznego bloga ma więc i tę zaletę, że - uzupełniając wiedzę o lubianych przez siebie zespołach - można tę wiedzę w zasadniczych kwestiach zweryfikować.

The New Radicals istnieli tylko dwa lata (1997-99), wydali zaledwie jedną płytę, której tytuł ('Maybe You've Been Brainwashed Too') wiele mówi o filozofii zespołu - bardzo nie lubili swej korporacyjnej i komercyjnej ojczyzny, USA. Założyciel i lider grupy, Gregg Alexander, swe "antygwiazdorskie" ideały wcielił nawet w życie, kiedy po dwóch lata gwiazdowania, koncertów i wywiadów, znudzony postanowił rozwiązać grupę i, usuwając się w cień, zajął się pracą producenta.

Jeśli nawet jest to tzw. zespół jedego przeboju, to przebój ów - wspomniany 'You Get What You Give' - jest nie tylko fantastyczną, efektowaną i melodyjną piosenką. Tytuł piosenki to także  wyrażenie jednej z fundamentalnych prawd społecznych i psychologicznych: dostajemy przeważnie to, co dajemy.

'You Get What You Give' (1998)

 

PS. A wyszukując w Google jakiegoś miłego zdjęcia 'The New Radicals' jednym z wyników, na jaki trafiłem, był:

'The new radicals from Poland'. No faktycznie. Pan ze zdjęcia również radykalny, również antykorporacyjny i niekomercyjny.

 

czwartek, 04 października 2007
Weseli, post-grunge'owi prezydenci [The Presidents of the United States of America]
 

 

Energia, optymizm i przebojowość. Taka jest (przynajmniej w wyobrażeniach) Ameryka i taka jest też muzyka zespołu, który przybrał najbardziej potężną politycznie nazwę w dziejach: The Presidents of the United States of America. Legenda głosi, że nazwa powstała podczas którejś z urozmaiconych marihuaną prób, w piwnicy w północnym Seattle. Nie wiem, czy również muzyka jest efektem marihuany. Jeśli tak, trzeba będzie bliżej przyjrzeć się holenderskim ekipom.

Pochodzą ze Seattle, a skoro Seattle to... grunge? Niekoniecznie. Wprawdzie muzykę The Presidents etykietuje się czasem jako post-grunge, ale to "post" robi, według mnie, dużą różnicę. Nawet jeśli trzon grania Prezydentów to gitary, nawet jeśli czasem struny tych gitar uderzane są bardzo mocno, nawet jeśli – na drugim z zamieszczonych poniżej teledysków – chłopaki w stylu Nirvany rozwalą na końcu gitary, to... i tak dla mnie nie jest grunge. Bo grunge to klimaty raczej ponure, a styl The Presidents of the USA to humor i figle. Ale i dobra, autentyczna, gitarowa, melodyjna muzyka.


Peaches’ (1995)
Video Killed the Radio Star’ (1998)