środa, 29 października 2008
A na Ziemii pokój ludziom...

Cóż mają wspólnego te oto kobiety? Walentina Tiereszkowa, radziecka kosmonautka, dziś 71-letnia babcia, która 16. czerwca 1963 roku (miała wtedy 26 lat), jako pierwsza przedstawicielka płci pięknej poleciała w kosmos, okrążając Ziemię 48 razy. Małgorzata Dydek, polska koszykarka, mierząca 215 cm i będąca po dziś dzień najwyższą koszykarką w historii amerykańskiej kobiecej ligi koszykówki WNBA. A także, last but not least (tylko spróbowałbym tego nie napisać), moja dziewczyna, która mieszka sobie na trzynastym piętrze wysokiego wieżowca. Otóż wszystkie one - kiedyś lub teraz - z wysokości na ten nasz ziemnski padół spoglądają. Nie wykluczam, że to o nich mógł śpiewać Damon Albarn z kolegami w tej oto, wczesną ich twórczość reprezentującą, piosence.

 

 
Blur - She's So High (1990)
 
 
 
niedziela, 26 października 2008
Jesień opanowuje zegary

Minionej nocy cofaliśmy zegarki, by przejść na tzw. czas zimowy. Wyznam, że nie udało mi się wstać o drugiej, kiedy to powinno się "cofnąć czas", dokonałem tego dopiero rano. A propos cofania, zatrzymywania czy innego manipulowania czasem. Na moim basenie, w szatni wisi tabliczka z napisem "TU MOŻNA ZATRZYMAĆ CZAS". Bardzo podoba mi się ten komunikat.

Nie lubię tej jesiennej zmiany czasu, nawet jeśli niby "śpimy o godzinę dłużej". Dla mnie ta zmiana znaczy przede wszystkim to, że ciemno robić się będzie już o czwartej, że do wiosny zostało jakieś 5 miesięcy, że nie ma żartów. Bezkompromisowe podejście do czasu zaprezentowali w jednej piosence Szkoci z Belle and Sebastian. Proponują w niej, by spać 24 godziny na dobę. Wtedy żadne przestawianie zegarka, godzina w tą czy w tą, nie robi wielkiej różnicy.


Belle and Sebastian - Sleep the Clock Around (1998)

 

środa, 22 października 2008
Piosenka (prawie) chodnikowa

Papa Dance

Dowiedziałem się niedawno, że najczęstszą frazą wyszukiwania, po której internauci trafiali dotychczas na mojego bloga, była "piosenka chodnikowa". Spragnieni wiedzy i dźwięków owego stylu muzycznego, prowadzeni wyszukiwarką firmy Google, zbłąkani wirtualni wędrowcy trafiali na wpis faktycznie nazwany "Piosenka chodnikowa", ale dotyczący zespołu Pavement (po angielsku "chodnik"). Uświadomiłem sobie, nie bez pewnego rodzaju frajdy (typowej dla chwil, kiedy nie wyjdzie coś komuś, kogo nie lubimy), że niecelowo, lecz jednak oszukałem sporo internautów. Tu oto dla nich marna, lecz zawsze, rekompensata.

Jeśli jest wśród zespołów, które lubię, grupa w jakikolwiek sposób (choćby instrumentalnie) bliska nurtowi muzyki chodnikowej, to jest to Papa Dance. Autentycznie podoba mi się kilka ich piosenek, a już kawałek Maxi Singiel uwielbiam, co wśród niektórych moich znajomych, zwłaszcza tych zorientowanych bardziej rockowo i znających mój generalnie rockowy gust, wzbudza pewne... zainteresowanie. Przekonam może niewielu, ale dla mnie Papa Dance pisali naprawdę dobre, chwytliwe melodie i, kto wie, gdyby mieszkali w UK, może nie byliby wiele gorsi od Pet Shop Boys. Nie przekonałem? Trudno. Ci, którzy tu weszli za frazą "piosenka chodnikowa", na pewno to docenią.

 

 
Papa Dance - Maxi Singiel (1987)
 
 
 
niedziela, 19 października 2008
Proszę państwa, oto miś

Panda Bear

Nie pamiętam, w jaki sposb odkryłem Panda Bear, solowy projekt Noah Lennoxa (jednego z założycieli Annimal Collective). Pan Lennox nazwał swój projekt tak a nie inaczej, gdyż ponoć w młodości lubił ozdabiać płyty swych nagrań rysunkami owego sympatycznego zwierzątka. Tak na dobrą sprawę nie musiałby w ogóle przybierać żadnego pseudonimu, gdyż ma piękne nazwisko, przypominające pewnego Beatelsa (muszę sobie jeszcze tylko przypomnieć, którego).

Sprawdza się nie po raz pierwszy moja hipoteza, że muzycy mający w młodości styczność ze szkołą muzyczną i klasycznym (choćby tylko podstawowym) wykształceniem muzycznym, mają później upodobanie do melodii i harmonii. Dzisiejszy bohater, Noah Lennox, w młodości grał na pianinie i wiolonczeli, a nawet śpiewał w szkolnym chórze. Pamiętam, że gdy chodziłem do szkoły muzycznej, też wolałem chór od głupiego zespołu akordeonowego - ten pierwszy miał bardziej zróżnicowany pod względem płci skład; ten drugi miał niezróważonego prowadzącego. Nie wiem, jakiego dyrygenta miał w swym szkolnym chórze Lennox ani czy były tam dziewczyny. Wystarczy, że doświadczenie to najwyraźniej całkiem sensownie wpłynęło na kształt późniejszych upodobań muzycznych niegdysiejszego chórzysty.

 

 
Panda Bear - Take Pills (2007)
 
 
 
piątek, 17 października 2008
Wiem, że nic nie wiem

Z racji finiszowania w czteroletnim maratonie doktoranckim, przychodzi mi ostatnio przyswajać bardzo duże ilości wiedzy, zwłaszcza z dziedziny, w której doktorat ów będę chciał obronić, czyli z socjologii. Czasem wiedzy tej, przyswajanej w niezdrowym nadmiarze, jest tyle, że mam jej dość, chciałbym oglądać głupie filmy (nasze telewizje byłyby tu nieocenione), grać w głupie gry komputerowe albo po prostu leżeć sobie i patrzeć w sufit.

Rzuciłem okiem, czy moi melodyjni wykonawcy poruszali w swych piosenkach kwestie poznania, wiedzy i innych zbieżnych zagadnień. Ależ oczywiście. The White Stripes nie wiedzą rzeczy fundamentalnej, choć w dzisiejszych czasach częstej, a mianowicie co ze sobą zrobić.  Norah Jones nie pierwsza przyznaje się do egzystencjalnej z natury niewiedzy, dlaczego jest/stało się tak, a nie inaczej. Placebo swą wiedzę demonstruje w sposób pewny ("I Know"), inaczej niż  The Clientele, którzy wykazują tu więcej pokory ("I Hope I Know"). Beatelsi, jak zwykle grzeczni i rodzinni, ufają w wiedzę i mądrość naszych mam, a bogobojni The Beach Boys implicite przyznają, że pełnię wiedzy posiada jedynie Absolut.

 

 
The Beach Boys - God Only Knows (1966)
 
 
 
poniedziałek, 13 października 2008
Kiedy ranne wstają zorze

Niedawna ankieta dotycząca planów stworzenia angielskiej wersji "Melodyjnie" ujawniła po raz kolejny jakiegoś tajemniczego i zarazem wiernego czytelnika tego bloga, któremu doskwiera zbyt mała ilość miejsca poświęcana zespołowi Oasis. Pamiętam, że wiele miesięcy temu ktoś w jakimś komentarzu też dość asertywnie domagał się poświęcenia większej uwagi słynnej legendzie stylu britpop. Jeśli to ta sama osoba, jestem pod wrażeniem wytrwałości w walce o swoje i wytrwałość tę tu oto nagradzam.

Walce o swoje (z grubsza rzecz biorąc) traktuje jedna z moich ulubionych piosenek Oasis, "Roll With It". Mam do niej jakiś osobisty, sentymentalny stosunek. Był to rok bodaj 1997, na MTV transmitowali koncert Oasis, a po nim do rana puszczali teledyski rzeczonej grupy. Do dziś nie bardzo potrafię opisać, czego doświadczyłem, obejrzawszy "Roll With It" i dlaczego tak bardzo, właśnie wtedy, spodobała mi się ta piosenka. Może to całonocne ślęczenie przed telewizorem wpłynęło na percepcję i intensyfikację pozytywnych doświadczeń. Może sprzyjała temu aura budzącego się dnia i współgrające z tym pełne bieli i jasności obrazy teledysku. Może też czar piwa, pitego, jak na porządnego nastolatka przystało, jeden z pierwszych razy w życiu. Wciąż uwielbiam tę piosenkę.

 

 
Oasis - Roll With It (1995)
 
 
 
środa, 08 października 2008
Zaskoczenia kontrolowane

Od bardzo dawna nie miałem żadnego przenośnego odtwarzacza muzyki. Ostatni jaki miałem, był odtwarzaczem płyt CD, tzw. discmanem. Aż nie chce się wierzyć, że cieszyłem się z czegoś, co mogło pomieścić tylko jedną płytę audio  (nie mógł bowiem chyba jeszcze mój discman odtwarzać mp3-ek). Przerwa w posiadaniu czegoś, dzięki czemu mógłbym zabrać swą muzykę ze sobą wynikała z tego, że chciałem zabierać ze sobą całą swoją muzykę, kilkanaście gigabajtów. A że z pewnych względów (prawdę mówiąc, z jednego względu - finansowego) nie mogłem mieć tak pojemnego urządzenia, bezkompromisowo wolałem nie mieć odtwarzacza mp3 w ogóle.

Tym, co najbardziej ekscytowało mnie na myśl o mogącym pomieścić wszystkie moje piosenki odtwarzaczu, było wyobrażenie bycia zaskakiwanym przez losowo wybierane utwory. Idę sobie ulicą, słucham muzyki, a tu co i rusz grany jest hit-niespodzianka. Jeszcze większą frajdę widziałem w przypominaniu sobie o piosenkach zapomnianych, a też pięknych, które gdzieś zgubiły się w trzytysięcznym gąszczu moich pop-rockowych kawałków. Wszystko to mogło być możliwe tylko w przypadku posiadania odtwarzacza conajmniej 20-gigowego, najlepiej iPoda.

Od kilku miesięcy jestem szczęśliwym posiadaczem takiego cacka, ma ono pojemność 80 gigabajtów! Niespodziewanie, iPod służy na razie głównie do nauki angielskiego (odkryłem wspaniałą rzecz - podcasty), ale bywa, że włączam swoją całościową listę i otwieram się na losowe zaskakiwanie mnie pięknymi, bo przecież moimi, piosenkami. Rzadko zdarza się, bym został zaskoczony zupełnie, tzn. piosenką usłyszaną jakby pierwszy raz. Być może nawet pierwszy raz zdarzyło się to dopiero minionej niedzieli, kiedy jechałem wieczorem do kochanej fundatorki iPoda. Wyskoczyła poniższa piosenka, śpiewana przez byłego frontmana The Go-Betweens, Granta McLennana. "Mr. Melody he is!" brzmi jeden z komentarzy na YouTube. Bardzo podoba mi się to określenie.

Efekt taki, że od kilku dni jeśli już słucham muzyki, to tylko tej piosenki. Mając 80-gigowego iPoda i ponad trzy tysiące piosenek na nim, słucham jednej piosenki... Powrót więc do prostoty. I po co technologie i inne cuda?

 

 
Grant McLennan - Easy Come, Easy Go (1991)
 
 
sobota, 04 października 2008
Where did you crash last night?

Znaleźli niedawno wrak samolotu prawdopodobnie Steve'a Fosseta, amerykańskiego multimilionera i podróżnika, który, zarobiwszy dużo pieniędzy, postanowił zająć się oblatywaniem i opływaniem świata. Też z sukcesem, albowiem jest chyba pierwszym człowiekiem, który w 2005 roku samotnie i bez międzylądowania okrążył naszą piękną planetę Ziemię. Muszę przyznać, że lubiłem tego Fosseta i z sympatią słuchałem o jego kolejnych, mniej lub bardziej szalonych próbach. Jest coś pozytywnego w tym, że ktoś mający kupę pieniędzy zaczyna realizować się w czymś innym, że faktycznie w miarę rosnącego dobrobytu pojawiają się aspiracje i wartości, by użyć socjologicznego żargonu, postmaterialistyczne.

Wygląda jednak na to, że Fosset za dużo już tych wartości nie porealizuje (przepraszam za czarny humor). Znaleziono jego samolot, więc niedługo pewnie i jego samego (lub to, co z niego zostało) znajdą. Póki co, ciało Fosseta nie zostało znalezione. Nieznalezione męskie ciało przywodzi mi na myśl pewien mroczny wers (and his body never was found) z piosenki "Where Did You Sleep Last Night?". To dawny, folkowy szlagier z USA, spopularyzowany pięknym wykonaniem Nirvany z 1993 roku. Piosenka sama w sobie zasługuje na oddzielny wpis. Jeśli chodzi o wykonanie Kurta Cobaina, to zdumiewa mnie, iż ja sam - nie lubiący darcia się w muzyce - nie raz podczas ostatniej zwrotki miałem ciarki i niezmiennie uważam tamto wydarcie się za jedno z piękniejszych w historii (tego głośnejszego) rocka. A że nirvanowską wersję pewnie wszyscy znają, dziś wersja bliższa źródłom - wykonanie pana Leadbelly, gdzieś z 1944 roku.

 

 
Leadbelly - Where Did You Sleep Last Night? (1944)
 
 
 
środa, 01 października 2008
Kłótnie kochanków

Każdy, kto kiedykolwiek pokłócił się z dziewczyną/chłopakiem, doskonale zrozumie tę piosenkę. A że każdy, kto kiedykolwiek miał dziewczynę/chłopaka, z pewnością miał też okazję pokłócić się, piosenka powinna być zrozumiana przez wielu. Słowa, choć banalne (np. My girl's mad at me / I didn't wanna see the film tonight), dość dobrze oddają istotę kłótni jako czegoś nieuniknionego w związkach.

Nieuniknioność owa wynika z fundamentalnego faktu różnic, jakie muszą pojawić się w jakiejkolwiek bliskiej relacji dwojga ludzi. Odkryć te różnice, zrozumieć, zaakceptować, a czasem po prostu znieść - oto sztuka. Sztuka wielka jak dyplomacja i wojna razem wzięte. "Amantium irae amoris integratio est" (Kłótnie kochanków wzmacniają ich miłość) - powiedział Terencjusz. Podmiot liryczny poniżej piosenki z pewnością zaciekle polemizowałby.

 

 
Madness - My Girl (1979)