niedziela, 24 stycznia 2010
Prosta rzecz

Szwedzki zespół Days to jedno z moich wielkich zeszłorocznych odkryć muzycznych, odkryć dokonanych na Last.fm, który to serwis sam w sobie ciągle uznaję za fenomenalne odkrycie. Co jeszcze wymyślą spece od internetu, by w obcowaniu z muzyką dogodzić słuchaczom o gustach nawet tak niestandardowych jak mój? Właściwie nie potrzebuję już wiele. Jeśli jeszcze będzie można w Polsce kupować muzykę przez iTunes, to chyba nie będzie już żadnych granic (poza finansowymi), by cieszyć się melodyjnymi brzmieniami kapel, jakich tylko się chce. Pozostanie jedynie wyrobienie sobie umiejętności prawdziwego cieszenia się tym, co już się ma i radzenia sobie z nadmiarem.

Ale przecież miałem o Days. Rzadko kiedy nazwa zespołu w tak trafny sposób oddaje filozofię jego grania. Prostota i bezpretencjonalność wręcz prowokujące. Do tego lekko nostalgiczny wokal (przypomina trochę wokalistę Pet Shop Boys, nie?). Jeśli ma się tak prostą nazwę jak Days, nie bez trudu musi przychodzić wymyślanie tytułów piosenek. W efekcie one też muszą być proste, co jeszcze lepiej komponuje się z czysto muzyczną stroną ich dzieł. Dlatego mogę słuchać sobie piosenki "Simple Thing" kilkakrotnie podczas pisania tych słów i za każdym razem jest mi dobrze. Piosenka idealna na ćwiczenie prawdziwego cieszenia się tym, co się ma i radzenia sobie z nadmiarem.

Days - Simple Thing (2006)

 


Tagi: Days
23:29, chigliack
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 stycznia 2010
Szczęście - kręte i niepewne drogi poprzez muzykę

Czytam sobie od paru dni rozprawę filozoficzną dotyczącą szczęścia, autorstwa polskiego filozofa Władysława Tatarkiewicza. Rzecz, przynajmniej z czytelniczego punktu widzenia, znakomita: jasny, precyzyjny wywód i doskonałe wyważenie pomiędzy abstrakcją i konkretem, tak jak przystało na temat bardzo abstrakcyjny i konkretny zarazem. Sporo odniesień do zwykłych, ludzkich, codziennych doświadczeń, a wśród nich do doświadczeń przyjemnych - jako szczęściu sprzyjających. A wśród tych z kolei, do doświadczeń związanych z muzyką (żył bowiem Tatarkiewicz w czasach, kiedy nie grało jeszcze radio Eska, toteż doświadczenie muzyki można było na ogół uznawać za doświadczenie przyjemne).

Na czytanych przeze mnie dziś stronach rozważał filozof m.in. o tym, jak bardzo intensywne i głębokie musi być doświadczenie przyjemności, by można było mówić o - odczutym choć przez moment - szczęściu. Otóż musi być, co za niespodzianka, i intensywne i głębokie. Wśród literackich przykładów wypowiedzi opisujących doznane szczęście przywołał Tatarkiewicz rekację bohaterki książki Aldousa Huxleya na usłyszany przed chwilą kwintet g-moll Mozarta. Spytana, czy muzyka sprawiła jej przyjemność, odparła: "Nie, nie sprawiła. To nie jest właściwy wyraz. Przyjemność ma się jedząc lody. Ta muzyka mnie uszczęśliwiła. To nieszczęśliwa muzyka, ale mnie uszczęśliwiła".

Piosenka grupy Yazoo pt. "Happy People" może nie wywoła w Was uczucia szczęścia, ale w końcu Mozartowi też nie od razu wszystko się udawało.


Yazoo - Happy People (1977)

 


Tagi: Yazoo
23:59, chigliack
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 stycznia 2010
Piosenki lubią zimę

Choć zima, pomimo swoich niewątpliwych uroków, jest dla mnie jedną z dwóch (razem z jesienią) najgorszych pór roku, piosenki o zimie są jednymi z najlepszych, jakie bliscy mi muzycy komponowali. Od dawna uwielbiam piosenkę i stoickie przesłanie pochodzącej z Kabaretu Starszych Panów "Zimy żal".

Od zawsze, to znaczy od dzieciństwa, lubiłem też piosenkę "Zima lubi dzieci" w wykonaniu Anny Jurksztowicz (urodzonej, nawiasem mówiąc, latem). Lubię jej (piosenki) pełen wigoru, śpiewany na głosy refren. Lubię radosne, w ferworze stawiające bałwana dzieci, ale podoba mi się też sceptyczna postawa dorosłych ("dorośli mi mówią 'nie wierzę'." Jakiż dramatyzm w tych słowach! Jacek Cygan musiał je napisał po powrocie z kościoła). Czy zima zasłużyła na tak dobre piosenki?


Anna Jurksztowicz - Zima lubi dzieci

 


niedziela, 03 stycznia 2010
Lekkie, bachowskie zboczenie

W nowym roku chciałbym się Wam z czegoś zwierzyć. Alternatywna, melodyjna muzyka rockowa nie jest jedyną, której słucham. I nie chodzi tu o trącące kiczem, popowe piosenki, które też czasem na stronach tych zamieszczam i opisuję. To coś poważniejszego. Od wielu lat, gdzieś od roku 2000, podoba mi się organowa muzyka polifoniczna, zwłaszcza kompozycje Jana Sebastiana Bacha. Szczególnie fugi.

Nie wiem, co mnie tak w nich pociąga. Przecież nie ma tam gitar, nie ma prostego, delikatnego rytmu perkusji, nie ma śpiewów na dwa głosy i chwytliwych, wpadających w ucho refrenów. Wykonawcami nie są fajne chłopaki z przedmieść Londynu czy Newcastle, a jacyś starsi goście, organiści, często Niemcy, pewnie byli ministranci.

Może dlatego, że muzyka klasyczna najpełniej wyraża istotę muzyki, jest muzyką czystą, bez naleciałości związanych z takim czy innym efektem gitarowym, wyglądem wykonawców, głośnością? Może polifonia Bacha dostarcza najwięcej tego, co mi w muzyce smakuje, czyli harmonijnych współbrzmień? Może fugi, ze swą charakterystyczną konstrukcją, polegającą z grubsza na powtarzaniu głównego motywu po kolei przez wszystkie pozostałe głosy zaspokajają jakąś potrzebę przewidywalności (także w muzyce lubimy bardziej to, co już znamy)?

Bym zaczął od Bacha, jak namawiał w świetnej piosence Zbigniew Wodecki, to za późno. Czy skończę na Bachu? Też się nie zanosi. W rozpoczętym roku i kolejnych nadal zamierzam pławić się głównie w prostych, przybranych w gitary melodiach chłopaków z przedmieść Londynu czy Newcastle. Ale od czasu do czasu pozwolę sobie zanurzyć się także w bachowskim morzu pozornie poplątanej, lecz w rzeczywistości perfekcyjnie harmonijnej wielogłosowości.

J. S. Bach - Toccata, Adagio & Fugue in C-dur - Fugue (wyk. Hans Andre Stamm)

 


Tagi: J S Bach
14:20, chigliack
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 grudnia 2009
Trudny intymny związek z najlepszym polskim zespołem

Byłem w swoim życiu gdzieś na 20 koncertach rockowych. W tym na 7 (tyle zliczyłem) koncertach grupy Myslovitz. Wszystkie 7 odbywały się w trzech miastach, z którymi od 13 lat jestem związany: w Kielcach (1), w Lublinie (3) i w Warszawie (3). Pierwszy miał miejsce gdzieś w 1998-9 roku, ostatni w tym tygodniu, we wtorek, w warszawskim klubie "Stodoła" (który jest klubem podobno studenckim i chyba dlatego piwo w nim kosztuje 9 złotych...). 20 koncertów, w tym 7 Myslovitz. Nigdy nie wierzyłem w powiedzenie, że są kłamstwa, większe kłamstwa i jest statystyka. Nawet moja prosta statystyka koncertowa mówi wiele prawdy o tym, jaką rolę w moim muzycznym życiu pełni zespół chłopaków z Mysłowic.

Pełni, a raczej pełnił. Wtorkowy koncert bowiem uświadomił mi rzecz ważną i zarazem bolesną. Nasze muzyczne drogi się rozeszły i to dość dawno. W muzycznym naszym związku zauroczenie przypadło na dwie pierwsze płyty ("Myslovitz" i "Sun Machine"). Czas "Z rozmyślań przy śniadaniu" był szczytem miłości, był ślubem i miesiącem miodowym. "Miłość w czasach popkultury" to była typowa dla dojrzałego związku stabilność i zrozumienie. A dalej już tylko większe lub mniejsze, lecz coraz częstsze, rozczarowania. Mogę więc powiedzieć, że dobrze nam było ze sobą w latach 90-tych.

Gdy w którymś momencie wtorkowego koncertu, po kolejnych prośbach publiczności o "Peggy Brown", Artur Rojek zażartował, że nie będą dziś grali piosenek sprzed 1996 roku, byłem już zupełnie nie w humorze i żart mnie nie rozśmieszył. Nie był zresztą tak bardzo żartem, bo faktycznie starszych piosenek było malutko. Z płyty "Z rozmyślań przy śniadaniu", dla mnie najlepszej w ich dyskografii, zagrali jedną piosenkę i to jakąś poślednią! Nie mam właściwie pretensji. To zrozumiałe. Zespoły się rozwijają, zostają topowymi grupami w Polsce, zaczynają grać muzykę wyrafinowaną. To tylko ja sobie tkwię w prostych melodiach, w nieugładzonych brzmieniach, w piosenkach na dwa chwyty. Nie zagraliście nic fajnego we wtorek. To ja sobie sam zagram, z płyty - gdybyście zapomnieli - "Z rozmyślań przy śniadaniu".

Myslovitz - Zwykły dzień (1997)

 


Tagi: Myslovitz
21:13, chigliack
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2009
Heca

Oto piosenka, dzięki której któregoś dnia w minionym tygodniu w drodze do pracy zrobiło mi się bardzo miło. Muzyka My Bloody Valentine - połączenie z jednej strony chropowatości, surowości i twardości, a z drugiej melodii i delikatności - jest trochę jak samo życie. Był to w ogóle mini-tydzień z tym zespołem. Wczoraj piosenkę "Soon" zagrali w centrum handlowym "Złote Tarasy", w sklepie odzieżowo-młodzieżowym. Taka heca!

My Bloody Valentine - What You Want (1991)

 


niedziela, 29 listopada 2009
Wniebowzięcie z Yo La Tengo

Miałem być w tym tygodniu na Yo La Tengo. Nie byłem. Czemu? Czemu nie pojechałem na koncert jednego z moich ulubionych zespołów, który grał w Polsce chyba po raz pierwszy, a kto wie, może i ostatni? Odpowiedź złożona i tak na prawdę sam nie wiem. Może dlatego, że to środa, może dlatego, że listopad... Ciekawi mnie, czy zagrali to. Jeśli tak, jestem pewien, że byłbym wniebowzięty. Jeśli nie, cóż, zawsze mogę posłuchać sobie teraz. I choć do wniebowzięcia może daleko, jest miło.

Yo La Tengo - Nowhere Near (1993)

 


17:54, chigliack
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 listopada 2009
O gustach się dyskutuje

Rozmawiałem w weekend w Lublinie z jednym z czytelników mojego melodyjnego bloga, a zarazem jednym z moich "najlepszych kolegów" (bardzo podoba mi się to określenie - z piosenki "Spalam się" Kazika). Czytelnik to wprawdzie "niedawny", ale zdradzający oznaki wierności, więc rzecz, którą powiedział, biorę serio. A powiedział, że czuje się onieśmielony niektórymi moimi wpisami, zwłaszcza tymi, gdzie krytykuję czy naigrywam się z niewyszukanych styli/gustów muzycznych, gdyż czuje on, że to w jakiś sposób także do niego jest adresowane.

Ma prawo Marek czuć się niepewnie i to nie ze swojej winy. Tkwi w nim pewnie jeszcze owo wysnute przeze mnie wespół z moją siostrą kilka lat temu przypuszczenie, że pewnie nie kojarzy on piosenki "Black Hole Sun" zespołu Soundgarden... Zaiste, nieuprawnionym i niegodnym ono było. Marku, do dziś nam przykro i jeśli nie wybaczysz, Święta najbliższe smutnymi dla nas będą.

A czy mój gust wyszukany? Pytanie filozoficzne zgoła, ale chyba nie. Lubię rzeczy proste i gdy przysłuchuję się mojemu wspaniałemu odkryciu ostatnich tygodni, zespołowi Bubblegum Lemonade, tym prościutkim melodyjkom... to nie wydaje mi się. A gdy dodatkowo wspomnę Beatę Bartelik, której piosenka "Sen na pogodne dni", zwłaszcza w jednym momencie, przy słowach "sen jaki przyszło mi teraz śnić", autentycznie (piszę bez ironii) chwyta moje muzyczne, melodyjne serce, to wtedy zupełnie nie wydaje mi się, bym gustem odbiegał od statystycznego fana. (A może to okoliczności poznania piosenki mają tu wpływ decydujący? ;)

Beata Bartelik - Sen na pogodne dni (1987)

 


22:10, chigliack
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 listopada 2009
Trwaj.fm

Tym, czym dla poznawania nowych zespołów i cieszenia się ich muzyką w dzieciństwie było MTV (założenie klablówki na naszym kołobrzeskim osiedlu "Ogrody" było wydarzeniem równie epokowym jak instalacja telefonów, czy kupno przez rodziców odtwarzacza VHS); tym, czym w latach licealnych sklepy z kasetami, a podczas studiów kanał VIVA Zwei, a jeszcze później internet... Tym dzisiaj jest Last.fm. W ostatnim roku odkryłem dzięki tej aplikacji-serwisowi społecznościowemu więcej świetnych, wpasowujących się w mój gust muzyczny zespołów niż podczas ostatnich może czterech lat. Rzecz to na pewno nie idealna, bo nie można idealnie dopasować komuś czegoś tak subiektywnego, jak lubiane zespoły muzyczne. Mimo to, w mojej muzycznej biografii Last.fm śmiało uznaję za wynalazek epokowy.

Od jakiegoś czasu wynalazek, niestety, płatny. Bardziej od samego faktu wprowadzenia opłat (obecnie jakieś 3 USD za miesiąc) wkurzyło to, że płacić mieli użytkownicy tylko z niektórych - i to wcale nie najzamożniejszych - krajów, w tym z Polski. Nie pomogły petycje i groźby (ja np. groziłem skasowaniem całego internetu, zawsze tym grożę w napiętych sytuacjach internetowych) - trzeba płacić. W tym miesiącu słucham Last.fm dzięki prezentowi od dziewczyny (użytkownicy Last.fm mogą wykupować sobie nawzajem dostęp). Słucham sobie m.in. po stylach muzycznych, w ostatnich dniach kluczem jest "jangle pop". Czekam, aż ktoś na jakiejś imprezie spyta mnie, jakiej muzyki słucham... "Dżangl popu" - odpowiem.

Zgodnie ze stylistyką owego nurtu komponuje i gra zespół Bubblegum Lemonade. (Jednak było coś w stwierdzeniu mojego kolegi ze studiów Tomka, że moje zespoły mają fajne nazwy). Jakiś recenzent reklamuje muzykę pochodzącej z Glasgow grupy w te słowy: "The Byrds spotykają The Velvet Underground, a dołączają do nich Jesus and Marry Chain". Może i tak. Mi tam się muzyka Bubblegum Lemonade po prostu zajebiście podoba.


Bubblegum Lemonade - I'll Never Be Yours (2008)

Zespół na MySpace (Polecam piosenkę The Tomorrow People, tak naprawdę to dzięki niej zwróciłem na nich uwagę)
Zespół na Last.fm
Zespół na Melodyjnie.blox.pl


22:37, chigliack
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 listopada 2009
Filozoficzny ogień

Spłonął niedawno w Warszawie klub Jadłodajnia Filozoficzna, jeden z tych, w których grały (na żywo lub z urządzeń) fajne zespoły, a słuchali ich dobrzy ludzie. Nie wiem, czy spłonął całkowicie, czy też ogień choć trochę okiełznanym został, ale akcja zbierania pieniędzy na odbudowę klubu każe wierzyć, że stanie kiedyś nowa Jadłodajnia, a w niej te same (a nawet lepsze) zespoły i nie mniej dobrzy ludzie. Skoro Jadłodajnia Filozoficzna, i skoro ogień, warto powiedzieć, że tym starożytnym filozofem, który za arche (tj. zasadę, przyczynę) wszelkiego bytu miał ogień, był Heraklit .

I ja spędziłem kiedyś miły wieczór w Jadłodajni Filozoficznej, przy świetnej muzyce i z takmiż ludźmi. Rzadko w klubach szukam DJ-a, by spytać go o puszczane zespoły. Prawdę mówiąc, zdarzyło się to raz, właśnie wtedy. Na początku nieufny (może myślał, że policja), DJ podał mi swój e-mail, a ja po kilku dniach wysłałem wiadomość z pytaniem o nazwy zespołów. Odpisał. Pamiętam, że robił koszmarne błędy ortograficzne. Wśród zespołów był ten, z piosenką, którą ze słyszenia znałem, ale gdyby nie Jadłodajnia Filozoficzna, zespołu być może nigdy bym nie poznał. Życzę ci, Jadłodajnio, szybkiej odbudowy, a w przyszłości ognia tylko w granych piosenkach.


Space - Avenging Angels (1997)

 


20:12, chigliack
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23