wtorek, 04 sierpnia 2009
Kolejne porównanie, w którym Polska jest gorsza

Oprawę muzyczną dzisiejszego dnia w pracy, za sprawą przemyślanego wyboru kolegi Rafała, zapewniło nam radio BBC 2. "Tu program drugi brytyjskiego radia, minęła godzina dwunasta". Uświadomiłem sobie, że popularna, służąca jako tło muzyka może być dobra. Nie znam rynku brytyjskich stacji radiowych na tyle, by wypowiadać się kategorycznie. Polski rynek znam (na szczęście) tylko trochę lepiej. Ale coś mi mówi, że w obszarze muzyki pop, tej słuchanej przez 80% ludzi, różnice w gustach polskich i brytyjskich są o wiele wyraźniejsze niż w przypadku rzeczy niszowych. Popularnej brytyjskiej stacji słuchało się dziś z przyjemnością. A ilekroć słyszę Radio Zet czy RMF FM, zastanawiam się, jak daleko ta inwazja chamskiego łomotu może jeszcze postąpić. Zgoda, BBC to radio publiczne, a i u nas "Trójka" puszczała i puszcza przyzwoitą muzykę. No dobra, przekonaliście mnie.

Ale Eltona Johna i tak nie mamy.


Elton John - Rocketman (1976)

 


niedziela, 26 lipca 2009
Zamiast zespołu

Byłem wczoraj na dość nietypowym weselu, a główna nietypowość polegała na tym, że zamiast zespołu muzycznego, grał i zabawiał gości disc jockey, czyli DJ. Bardzo ciekawiła mnie taka forma zapewnienia oprawy muzycznej. Bałem się, że brakować mi będzie trąbek, klarnetów, tamburyna i oczywiście swojsko brzmiącego akordeonu. Myśl, że nie usłyszę polskich ludowych przyśpiewek, powodowała niepokój tym większy. Liczyłem, iż przynajmniej w muzycznych zbiorach DJ-a znajdzie się co nieco z rodzimego folkloru i disco polo.

Koniec żartów. Wesele od strony muzycznej oceniam zdecydowanie na plus - dzięki temu, że był DJ, a nia kolejna ekipa domorosłych, discopolowych grajków. Ocenę wystawiłem już na początku, przy powitaniu państwa młodych. Zagrano "All You Need Is Love" Beatelsów. (Chociaż, w małżeństwach różnie bywa. By oddać niepewność małżeńskiego losu możnaby też puścić "Rodzina słowem silna"  Piersi).

Pozostały repertuar był tylko niewiele gorszy, no ale w końcu nie mogłem oczekiwać, że całe wesele będą grali Beatelsi (bo na moim na przykład będą). Raz tylko pomyślałem sobie o panu DJ-u gorzej, gdy uszy me dosięgnęło znajome wycie wokalisty Feel ("Jest już ciemno"). W sumie jednak, wszystkim przyszłym państwu młodym opcję z DJ-em gorąco polecam, najlepiej z uprzednim sprawdzeniem listy utworów.

W częściach wesela poświęconych jedzeniu grano (do tzw. kotleta) utwory mniej taneczne. Podczas jednej z takich kotletowych sesji, usłyszałem piękną, a niesłyszaną wcześniej piosenkę Abby. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że Abba była zespołem świetnym, a pozostaje wciąż - paradoksalnie, pomimo sporej popularności - nieodkrytym. Trochę jak Beatelsami, których mniej znane, choć też piękne piosenki, mało kto zna.

__________

Przestałem jeść, a wytężyłem słuch, by złowić słowa piosenki. Złapałem "I can still" i "summer" i zapisałem sobie je w komórce, by dziś odnaleźć tytuł. Oto ona.


Abba - Our Last Summer (1980)

 


niedziela, 19 lipca 2009
Dezintegracja pozytywna

Jest kategoria piosenek, którą nazwę - z braku w tym momencie lepszego słowa - rozwalającymi. Czy może optymistycznie zasmucającymi? Owo rozwalenie czy optymistyczne zasmucenie polega na tym, że choć są to piosenki w zasadzie melancholijne a może i smutne, dobrze mi z nimi. Smutek ich jest jakiś słodki, budujący, pozytywny. Nie mogę powiedzieć, że dołują. Słyszałem kiedyś o teorii dezintegracji pozytywnej, polskiego psychologa Kazimierza Dąbrowskiego. Dostrzegam pewną analogię: po przeżyciu (a nie tylko wysłuchaniu) takich piosenek, faktycznie następuje coś jakby "odzyskanie zachwianej równowagi, scalenie jednostki na wyższym niż dotychczasowy poziomie".

Przykłady takich piosenek? "Ponce De Leon Blues" Beachwood Sparks, "Czerwony notes, błękitny prochowiec" Myslovitz, a ostatnio "Philadelphia" Mercury Rev (cover Neila Younga). Ci ostatni to w ogóle mistrzowie w tej kategorii piosenek, mocno za sprawą przejmującego głosu  Jonathana Donahue.

O tak. Słuchałem sobie któregoś dnia swojej całościowej playlisty, losowe wybieranie, miłe popołudnie, jakby nigdy nic. I iTunes wylosował "Philadelphię". I odłożyłem wszystko, słuchałem i było mi smutno i dobrze. I stałem się bardziej scalony i "na wyższym niż dotychczasowy poziomie".


Mercury Rev - Philadephia (1998)

 


wtorek, 14 lipca 2009
OK komputer

Dłuższa przerwa, nie ma co ukrywać. Mogła być jeszcze dłuższa, gdyby nie w miarę szybkie poradzenie sobie z komputerowym problemem, który tejże przerwy był przyczyną. Nie uświadamiałem sobie, że można aż tak zżyć się z maszyną. I co ciekawe, doszło to do mnie nie tyle wtedy, gdy komp się skopał (wtedy uświadomiłem sobie inną ciekawą rzecz, tę mianowicie, że naprawdę byłem bliski rzuceniem nim o ścianę), ale gdy dziś, już na poprawnie działającym sprzęcie instalowałem wszystkie te niezbędne (?) programy. Czułem się, jakbym ponownie meblował mieszkanie i bez wielu mebli nie mógł się obyć.

Pierwszym zespołem, który przychodzi mi na myśl w kontekście komputerowych awarii, jest Grandaddy, zwłaszcza z tytułem swej świetnej płyty "The Software Slump". W ogóle zespół m (pisałem już o nich) a filozofię podejrzliwą wobec techniki (czy technicyzacji), uprzemysłowienia i innych podobnych rzeczy.  Chciałem więc sobie posłuchać Grandaddy podczas moich momentami beznadziejnych zmagań z software'm i hardware'm, ale nie mogłem, bo... całą muzykę mam w komputerze, który nie działał. (Tak naprawdę mam jeszcze iPoda i stamtąd mogłem, ale chciałem, by zabrzmiało to efektownie). Teraz już dobrze, teraz już OK komputer.

Grandaddy - The Crystal Lake (2000)

 


niedziela, 05 lipca 2009

Niewiele jest krajów, do których mógłbym, na dłużej czy krócej, wyemigrować. Jest taki jeden, który ma beznadziejną pogodę, nienajlepsze jedzenie, którego reprezentacja piłkarska od dzieciństwa wygrywała z naszą, a do którego, mimo to, mógłbym wyjechać. Rosja? Nie, z Rosją zdarzało nam się wygrywać w piłkę. To Anglia oczywiście, czy szerzej - Zjednoczone Królestwo. Wszystko przez niezrównaną muzykę znad Tamizy. Bez niej ojczyzna Sheakspear'a byłaby dla mnie kolejnym zachodnim, zamożnym krajem, może nawet - przez tę piłkę - nielubianym. Od Niemiec o tyle tylko lepszym, że bardziej przyjaźnie do nas usposobionym w latach 1939-1945.

Od niedawna następuje zaawansowana już w skutkach reaktywacja zespołu, który jako jeden z bardzo pierwszych sprawił, iż ciepło zacząłem myśleć o Wielkiej Brytanii - zespołu Blur. Do dziś nie mogę zapomnieć, jak w połowie lat 90-tych, w Kielcach, chodziłem po sklepach muzycznych, pytając o kasetę zespołu wymawianego przez mnie "blur" (zamiast "bler"). I do dziś nie wiem, czy to, że prawie nigdzie go nie mieli, spowodowane było brakiem w zaopatrzeniu, czy brakami w moim angielskim. Sklepem, który miał Blura i którego sprzedawca zorientował się, że "blur" to "bler", był sklep Fan na ul. Sienkiewicza, wówczas i przez wiele lat chyba najlepszy sklep w mieście.


Moją ulubioną płytą Blur jest "Modern Life Is Rubbish", drugi z kolei album grupy, wydany w 1993 roku. Z pięknym, stylowym parowozem na okładce i z tytułem, który, nie wiedzieć czemu, tak samo bardzo spodobał mi się w liceum, jak i teraz, gdy trzydziestki dobiegam.

Blur - For Tomorrow (1993)

 


niedziela, 28 czerwca 2009
Jazz

Jak na rodzeństwo, zadziwiająco mało mam ze swoją siostrą wspólnych muzycznych obszarów. Choć oboje jesteśmy uzdolnieni muzycznie, nasze muzyczne drogi poszły w zupełnie innych kierunkach. Siostra porusza się w obrębie jednego, wielkiego obszaru, w którego rejony ja nie zapuszczam się niemal wcale. Obszarem tym jest jazz.

Mało w jazzie lubię. To muzyka oparta na zupełnie innej niż moja (muzycznej) filozofii. Generalnie, jako do wyznawcy melodyjności, ciężko trafić do mnie z czymkolwiek, czego nie da się - choćby we fragmentach - zanucić. Z kolei, jako wielbiący w muzyce harmonię, nie lubię wirtuozyjnych, indywidualnych popisów, solówek, improwizacji, etc. Czasem myślę, że być może moja oporność na jazz wynika z tego, iż nie odebrałem (jak moja siostra) aż tak gruntownego wykształcenia muzycznego, swą muzyczną edukację tylko na podstawówce kończąc. Może stąd gust mój mniej wyrafinowany (jeśli jazz, z grubsza rzecz biorąc, uznać za muzykę wyrafinowaną, choć pofilozofowałbym na ten temat), stąd podobają mi się czasem rzeczy, które jazzmani i nie tylko jazzmani uznaliby za straszny kicz (np. Papa Dance).

Jest jednak jazzowy utwór, który spodobał mi się wielce i od razu, kiedy tylko usłyszałem go po raz pierwszy w filmie Woody'ego Allena pt. "Klątwa skorpiona" (polecam). Dlaczego mi się podoba? Po prostu, ma wspaniały, wpadający w ucho motyw przewodni, który da się zanucić. Tu du tu ru, tu du tu ru, tu ru ru ru ru ru ru ru ru.

Harry James - Flatbush Flanagan (1945)

 


piątek, 19 czerwca 2009
Kazanie z BBC

"Muzyka zabiera nas w inne miejsca, ponieważ jest fenomenem wysoce asocjacyjnym. Kiedy słyszę Cata Stevensa śpiewającego "Morning Has Broken", jedna połowa mnie jest w wiosce Bunessan, na wyspie Mull, gdzie melodia została po raz pierwszy spisana, a druga połowa w Dalston Market w Londynie, gdzie kupiłem album "Teaser And The Firecat" za 75 pensów w 1972 roku (...)

Muzyka jest sztuką najbliższą wierze, gdyż, inaczej niż literatura czy malarstwo, nie bierze swej istoty ze znanego nam świata. Przychodzi ona - melodia, harmonia, rytm - spoza. Nabiera jednak mocy, gdy, grana czy śpiewana w naszej obecności, przywodzi na myśl konkretne miejsce, czas i ludzi. Nie jest dobrem konsumpcyjnym. To zakopany skarb, który, gdy się nim cieszyć, jest zapowiedzią nieba".

Rev John Bell, w audycji "Thought for the Day", BBC Radio 4, 12. czerwca 2009. (Tu cały skrypt).

A ja tylko dodam, że jeśli ksiądz, opisując muzykę, na pierwszych dwóch miejscach wymienia melodię i harmonię, to znaczy, że tak jest.

Cat Stevens - Morning Has Broken (Live, 1973)

 


niedziela, 07 czerwca 2009
Współlokatorzy

W tych dniach poszukuję współlokatorów do mieszkania. Kłopot z tym o tyle, że mieszkanie, choć pięknie i w dogodnym miejscu położone, nie zachwyca standardem. Zaryzykowałbym tezę, że ostatni jego remont przypadł na czas, kiedy istnieli jeszcze Beatelsi. Nie mam wielkich wymagań co do potencjalnych sąsiadów zza ściany. Jeśli tylko, mówiąc językiem filozofii prawa, wolnością swą nie naruszą granic mych praw, będzie świetnie i stworzymy harmonijne, domowe ognisko.

Z nostalgią wspominam moich dawnych współlokatorów, Justynę i Marka, z którymi mieszkałem 3 lata. To piękne, że z przypadkowymi właściwie ludźmi możesz dogadać się (i mieszkać) lepiej niż często z rodziną. Dzięki Justynie poznałem parę zespołów z rosyjskiej sceny rockowej, ale - przynajmniej w kwestii muzyki - pozostanę wierny wpływom z drugiego końca kontynentu. Wiecie skąd.

 

The Flatmates - Love Cuts (1987)

 

 

poniedziałek, 01 czerwca 2009
Taksówkowe piosenki

Swoją pracę lubię m.in. za to, że mogę sobie czasem pojechać taksówką na koszt firmy. Jadę tak sobię przez Warszawę i wspólnie z panami taksówkarzami słucham różnych stacji radiowych, generalnie tych popularnych. Zauważyłem pewną prawidłowość, że im młodszy taksówkarz, tym gorszej stacji (i muzyki) słucha. Zwłaszcza Radio Eska jest bardzo popularne wśród młodych adeptów sztuki taksówkarskiej. Natomiast przeciwną stronę muzycznej skali smaku i wyrafinowania (reprezentowaną zwłaszcza przez muzykę klasyczną) zajmują bardzo nieliczni, a jeśli już, to raczej starsi, taksówkarze. Pamiętam pięćdziesięcioparoletniego taksówkarza z Bydgoszczy, który słuchał radia RMF Classic. Spokój, z jakim prowadził auto, zdawał się być przedłużeniem harmonii i kunsztu kompozycji Mozarta czy Vivaldiego.

Ostatnią podróż służbową taksówą (znów starsi taksówkarze) spędziłem przy stacjach Złote Przeboje (tam) i Vox FM (z powrotem). Było bardzo miło. Z tej okazji, piosenka z roku 1974, pt. "Seasons In The Sun", w wykonaniu Terry Jacksa, napisana ponad dekadę wcześniaj przez Jacquesa Brela. Piosenka o przemijaniu. Oby nie przeminęli taksówkarze grający dobrą, melodyjną muzykę.

Terry Jacks - Seasons In The Sun (1974)

 


wtorek, 26 maja 2009
Wisienka dla mamy

Z okazji Dnia Matki wydanie Melodyjnie Special, z piosenką zespołu Supergrass, kończącą wg. mnie ich najlepszy w karierze album "Supergrass", zatytułowaną "Mama & Papa". Wprawdzie do dnia "papy" jeszcze trochę, ale niech - jako dodatek - będzie i tato. Utwór spełnia dokładnie tę rolę, którą spełniają piosenki kończące wielkie albumy. Wisienka na torcie. Bez niej tort też byłby świetny, ale jednak... bez wisienki.

 
Supergrass - Mama & Papa (1999)
 
 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23