Kategorie: Wszystkie | Melodyjne piosenki | Melodyjni 60' | Melodyjni 70' i 80' | Melodyjni 90' | Melodyjni dziś
RSS
niedziela, 26 lipca 2009
Zamiast zespołu

Byłem wczoraj na dość nietypowym weselu, a główna nietypowość polegała na tym, że zamiast zespołu muzycznego, grał i zabawiał gości disc jockey, czyli DJ. Bardzo ciekawiła mnie taka forma zapewnienia oprawy muzycznej. Bałem się, że brakować mi będzie trąbek, klarnetów, tamburyna i oczywiście swojsko brzmiącego akordeonu. Myśl, że nie usłyszę polskich ludowych przyśpiewek, powodowała niepokój tym większy. Liczyłem, iż przynajmniej w muzycznych zbiorach DJ-a znajdzie się co nieco z rodzimego folkloru i disco polo.

Koniec żartów. Wesele od strony muzycznej oceniam zdecydowanie na plus - dzięki temu, że był DJ, a nia kolejna ekipa domorosłych, discopolowych grajków. Ocenę wystawiłem już na początku, przy powitaniu państwa młodych. Zagrano "All You Need Is Love" Beatelsów. (Chociaż, w małżeństwach różnie bywa. By oddać niepewność małżeńskiego losu możnaby też puścić "Rodzina słowem silna"  Piersi).

Pozostały repertuar był tylko niewiele gorszy, no ale w końcu nie mogłem oczekiwać, że całe wesele będą grali Beatelsi (bo na moim na przykład będą). Raz tylko pomyślałem sobie o panu DJ-u gorzej, gdy uszy me dosięgnęło znajome wycie wokalisty Feel ("Jest już ciemno"). W sumie jednak, wszystkim przyszłym państwu młodym opcję z DJ-em gorąco polecam, najlepiej z uprzednim sprawdzeniem listy utworów.

W częściach wesela poświęconych jedzeniu grano (do tzw. kotleta) utwory mniej taneczne. Podczas jednej z takich kotletowych sesji, usłyszałem piękną, a niesłyszaną wcześniej piosenkę Abby. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że Abba była zespołem świetnym, a pozostaje wciąż - paradoksalnie, pomimo sporej popularności - nieodkrytym. Trochę jak Beatelsami, których mniej znane, choć też piękne piosenki, mało kto zna.

__________

Przestałem jeść, a wytężyłem słuch, by złowić słowa piosenki. Złapałem "I can still" i "summer" i zapisałem sobie je w komórce, by dziś odnaleźć tytuł. Oto ona.


Abba - Our Last Summer (1980)

 


niedziela, 07 czerwca 2009
Współlokatorzy

W tych dniach poszukuję współlokatorów do mieszkania. Kłopot z tym o tyle, że mieszkanie, choć pięknie i w dogodnym miejscu położone, nie zachwyca standardem. Zaryzykowałbym tezę, że ostatni jego remont przypadł na czas, kiedy istnieli jeszcze Beatelsi. Nie mam wielkich wymagań co do potencjalnych sąsiadów zza ściany. Jeśli tylko, mówiąc językiem filozofii prawa, wolnością swą nie naruszą granic mych praw, będzie świetnie i stworzymy harmonijne, domowe ognisko.

Z nostalgią wspominam moich dawnych współlokatorów, Justynę i Marka, z którymi mieszkałem 3 lata. To piękne, że z przypadkowymi właściwie ludźmi możesz dogadać się (i mieszkać) lepiej niż często z rodziną. Dzięki Justynie poznałem parę zespołów z rosyjskiej sceny rockowej, ale - przynajmniej w kwestii muzyki - pozostanę wierny wpływom z drugiego końca kontynentu. Wiecie skąd.

 

The Flatmates - Love Cuts (1987)

 

 

niedziela, 22 marca 2009
Jeżowce

We wpisie tym nie przekażę żadnej ważnej ani głębszej myśli. Nie będzie też notka ta - ani prezentowany zespół - odnosić się w jakikolwiek sposób do tego, co u mnie słychać. Ot, chciałbym po prostu napisać o fajnym zespole z przełomu lat 80-90 z Anglii, który nazywał się The Sea Urchins (po polsku: Jeżowce). Ich chyba największy przebój, piosenka "Pristine Christine", była pierwszym singlem wydanym przez legendarną wytwórnię Sarah Records.

Jeżowce to podwodne, kolczaste, ale podobno jadalne i smaczne zwierzęta. Prawdę mówiąc, dużo więcej w internecie informacji o jeżowcach-podwodnych stworzeniach niż Jeżowcach-zespole rockowym z Anglii. Wykorzystując to, napiszę może jeszcze, że w miejscach, gdzie występują jeżowce, Wikipedia radzi kąpać się "z butami, które mają twarde gumowe podeszwy, gdyż wdepnięcie na jeżowca może być bolesne, ale nie niebezpieczne dla zdrowia". No i że należą do typu szkarłupni.

 
The Sea Urchins - Pristine Christine (1987)
 
 
 
środa, 28 stycznia 2009
Przedstawienie Świętego Krzysztofa

Jakiś czas temu ukułem mało wiarygodną i trącącą tanią metafizyką teorię, że w drugiej połowie lat 80-tych na Wielką Brytanię zstąpił jakiś muzyczny, melodyjny duch. Odkrywając kolejną świetną ekipę z UK z tamtych czasów, wciąż nie mogę się nadziwić liczbie tych zespołów i temu, jak zgodnie z moim gustem grały. Jeśli w tej historii z duchem jest cokolwiek prawdy, to głównym jego miejscem pobytu była wytwórnia Sarah Records, pod której skrzydłami wydawały tacy giganci melodyjnego grania, jak The Field Mice, Brighter, The Orchids, Another Sunny Day oraz...

St. Christopher. Zupełnie nie wiem ani się nie domyślam, czemu za nazwę wzięli sobie Św. Krzysztofa, patrona podróżujących, kierowców oraz (o tym chyba mało kto wie) kawalerów. Zespół, jak niewiele ze stajni Sarah Records, długowieczny. W tym roku stuknie mu 25 lat, choć jedynym stałym członkiem jest pan Glenn Melia. Jak długowieczny, tak mało znany. Tym bardziej więc warto o nim napisać. A nuż stanie się - i to nawet w Polsce - bardzo znany i zagra kiedyś w Jedynce na Sylwestra?

 

 
St. Christopher - All of a Tremble (1989)
 
 
 
środa, 22 października 2008
Piosenka (prawie) chodnikowa

Papa Dance

Dowiedziałem się niedawno, że najczęstszą frazą wyszukiwania, po której internauci trafiali dotychczas na mojego bloga, była "piosenka chodnikowa". Spragnieni wiedzy i dźwięków owego stylu muzycznego, prowadzeni wyszukiwarką firmy Google, zbłąkani wirtualni wędrowcy trafiali na wpis faktycznie nazwany "Piosenka chodnikowa", ale dotyczący zespołu Pavement (po angielsku "chodnik"). Uświadomiłem sobie, nie bez pewnego rodzaju frajdy (typowej dla chwil, kiedy nie wyjdzie coś komuś, kogo nie lubimy), że niecelowo, lecz jednak oszukałem sporo internautów. Tu oto dla nich marna, lecz zawsze, rekompensata.

Jeśli jest wśród zespołów, które lubię, grupa w jakikolwiek sposób (choćby instrumentalnie) bliska nurtowi muzyki chodnikowej, to jest to Papa Dance. Autentycznie podoba mi się kilka ich piosenek, a już kawałek Maxi Singiel uwielbiam, co wśród niektórych moich znajomych, zwłaszcza tych zorientowanych bardziej rockowo i znających mój generalnie rockowy gust, wzbudza pewne... zainteresowanie. Przekonam może niewielu, ale dla mnie Papa Dance pisali naprawdę dobre, chwytliwe melodie i, kto wie, gdyby mieszkali w UK, może nie byliby wiele gorsi od Pet Shop Boys. Nie przekonałem? Trudno. Ci, którzy tu weszli za frazą "piosenka chodnikowa", na pewno to docenią.

 

 
Papa Dance - Maxi Singiel (1987)
 
 
 
sobota, 09 sierpnia 2008
Przyjaźń sklepowego sprzedawcy

The Shop Assistants 

W życiu każdego człowieka przychodzi kiedyś taki czas, kiedy musi zapewnić sobie ubranie. Człowiek krajów uprzemysłowioych idzie wtedy zazwyczaj do sklepu, czy wręcz do centrum handlowego, by tam, po wędrówce po licznych sklepach z interesującymi go ubraniami, po niezliczonych przymiarkach i spojrzeniach w lustro, móc wreszcie wrócić do domu z nowym nabytkiem garderoby. W procesie wyboru, przymiarek i kupna ubrania kluczową rolę odgrywają sprzedawcy. Angielski termin "shop assistant" sugeruje inną niż sprzedaż rolę takiej osoby. Ma ona nie tyle i nie przede wszystkim sprzedać, ile doradzić, pomóc - asystować, być z nami w tych trudnych chwilach.

Mnie jednak nazwy nie zwodzą i wiem, że przede wszystkim chodzi o sprzedaż. Że asystowanie ma być takie, bym jednak ze sklepu z pustymi rękami nie wyszedł (przy okazji oczywiście płacąc za towar). Alergicznie reaguję, gdy już zaraz po moim wejściu do sklepu, ktoś podchodzi do mnie ze słowami "czy mogę w czymś pomóc". Cisną mi się do ust najróżniejsze niemiłe odpowiedzi, wśród których są nawet takie jak "nie może pan(i)". Być dobrym sklepowym sprzedawcą to wielka sztuka wypośrodkowania pomiędzy nachalnym nagabywaniem, a zupełnym pozostawieniem klienta samemu sobie. Idealnie jest, gdy sprzedawca zjawia się wtedy i tylko wtedy, gdy jest naprawdę potrzebny. Bez silenia się na udawanie przyjaźni, jak to trafnie ujął w tytule jednej ze swych piosenek zespół z Edynburga, The Shop Assistants.

The Shop Assistants - I Don't Want To Be Friends With You (1986)


 

niedziela, 27 lipca 2008
Uważajcie na swe portfele

McCarthy

Poprzednio było co nieco o sumie szczęścia i nieszczęścia. Dziś doświadczyłem tego, gdyż zgubiłem swój portfel (nieszczęście), a po kilkunastu minutach dobrzy ludzie oddali mi go (szczęście). Wyszło więc na zero, czym kolejny raz potwierdzam słuszność postawionej w poprzednim wpisie tezy. Z portfelem kojarzy mi się tytuł debiutanckiego albumu brytyjskiej grupy końca lat 80-tych, McCarthy - I am a Wallet.

Grupa znana była ze swych mocno lewicowych zapatrywań, choć akurat jej nazwa inspirowana jest słynnym republikańskim senatorem z USA, zagorzałym antykomunistą Joe McCarthy'm. Jest więc I am a Wallet swoistym manifestem, piętnującym niegodziwości naszego kapitalistycznego, konsumpcjonistycznego świata. McCarthy (zespół, a nie senator) cierpieli zresztą czasem za swe wyraziste przekonania, gdyż wrzucano ich do jednego worka z kiepskimi, choć też o lewicowych przekonaniach, kapelami. A przecież muzyka melodyjna jest ponad podziałami!

Tak czy inaczej, uważajcie na swe portfele, a jeśli jesteście portfelami (I am a Wallet), oczywiście uważajcie też na siebie.

 

 
McCarthy - Keep An Open Mind or Else (1989)
 
 
niedziela, 20 lipca 2008
Pierwsze (progresywne) koty za płoty

The Who 

The Who to zespół kultowy, legendarny, zasłużony, wielki, wspaniały, nieoceniony. Czy jeszcze jakiś? Tak: zajebisty. Aczkolwiek, zajęło nam (mi i The Who) trochę czasu, nim pomiędzy nami zaiskrzyło. To chyba dlatego, że, z tego co pamiętam, pierwsza próbka ich twórczości, z którą się zetknąłem, pochodziła z ich bardziej "progresywnego" okresu. Mieli widocznie w którymś momencie czas słabości. Musicie bowiem wiedzieć, że rock progresywny nigdy nie zdobył mego serca (King Krimson i Jethro Tull raczej tu nie zagoszczą, co do Pink Floyd'ów - jest szansa), choć ponoć za prekursorów tego nurtu uznaje się moich ukochanych Beatelsów z ich Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band.

W każdym razie, zespół The Who, oprócz okresu "błedów i wypaczeń", w większości grał całkiem zgodnie z moją muzyczną filozofią, czyli prosto, bezpretensjonalnie i, rzecz jasna, melodyjnie. Jeśli płynie z moich przygód z The Who jakaś nauka, to taka, by - we wszelkim poznawaniu czegoś - nie zrażać się pierwszymi niekorzystnymi wrażeniami, by mieć dystans do początkowego rozczarowania. Filozofia ludowa i miłośnicy kotów ujmują to po prostu: pierwsze koty za płoty.

The Who - Substitute (1966)


 

wtorek, 08 lipca 2008
(Nie) przejdziemy do historii

Krzysztof Klenczon

Artystów polskich tu tak mało, że każde pojawienie się takiego jest nie lada wydarzeniem. Dawno, dawno temu, grał w naszym kraju zespół o nazwie Czerwone Gitary. Zwani byli polskimi Beatelsami.  Przy całej przesadzie tego porównania (przypomina mi się słynna reklama Żywca "Prawie jak...") faktycznie, jeśli Seweryn Krajewski mógłby być Paulem McCartneyem, to naszym Johnem Lennonem - muzycznie i osobowościowo - mógłby być tylko Krzysztof Klenczon. Nie wiem dlaczego, ale z Klenczonem kojarzy mi się genialny polski piłkarz minionych lat, Kazimierz Deyna. I nie chodzi tu raczej o to, że obaj zginęli w wypadku samochodowym, obaj w USA, obaj w latach 80-tych. Chodzi o jakieś niespełnienie, które wyczuwam u obu, gdyż obaj, w swoich dziedzinach, mieli talent równy najlepszym na świecie.

Piosenka "Nie przejdziemy do historii" okazuje się być paradoksalną, gdyż Klenczon do historii, i to chwalebnej, jednak przszedł. Jest ów utwór wspaniałym połączeniem hard-rockowej niepokorności (zwrotki) i melodyjnej beztroski (refren).

 

 

 
Krzysztof Klenczon i Trzy Korony - Nie przejdziemy do historii (1971)
 
 
 
niedziela, 04 maja 2008
Bezpretensjonalność polnej myszy

The Field Mice

Przez całe swe dojrzałe, muzyczne życie myślałem, lata 90-te w muzyce brytyjskiej były zdecydowanie lepsze i bogatsze od lat 80-tych. Wiadomo, ostatnia dekada ubiegłego wieku to narodziny britpopu, który u mnie, w czasach licealnych, królował niepodzielnie. Aż tu ostatnie dwa miesiące, za sprawą Last.fm (dla mnie to wynalazek muzyczny na miarę mp3), przyniosły odkrycie kilku kapitalnych brytyjskich kapel z końca lat 80-tych. Na tyle świetnych, że myślę, iż gdybym poznał je w czasach liceum, to może Blur, Oasis i Spergrass mogliby się wszyscy razem schować. W każdym razie, znów doceniam lata 80-te.

Historia The Field Mice to krótkie cztery lata 1987-1991, podczas których jednak, jak podają źródła, grupie udało się zyskać status kultowej w kręgach zbliżonych stylami do twee pop czy C86. Uchodzili za flagowy band legendarnej alternatywnej wytwórni Sarah Records, znanej nie tylko ze względu na muzykę spod znaku twee czy C86, ale też zaangażowanie antykapitalistyczne i antyseksistowskie. Muzyka The Field Mice? Gdy próbuję ją opisać, wciąż przychodzi mi do głowy słowo "bezpretensjonalna". Słownik Języka Polskiego kojarzy to słowo z takimi cechami jak prostota, skromność i naturalność - pasuje idealnie. Gdy dodać melodyjność, mamy muzykę, którą, ja przynajmniej, uwielbiam.

Tak jak muzykę The Field Mice łączę z bezpretensjonalnością, tak zwrot "fantastyczny przyjaciel" kojarzy mi się z nieodmiennie z Kevinem Arnoldem i jego kumplem Paulem Pfeifferem.

 
The Field Mice - Fabulous Friend (1988)

 
 
 
1 , 2