środa, 02 września 2009
Gorączka

Jestem chory i mam gorączkę. Mógłbym śmiało śpiewać, za pewną znaną amerykańską piosenkarką, "Don't you wish your girlfriend was hot like me". Naprawdę nie wiem, kto to śpiewa. Musi być znana, bo inaczej nie usłyszałbym tej piosenki. Musi też być amerykańska - no tak przynajmniej czuję. Sprawdzę w Google. Ciekawe propozycje podaje wyszukiwarka po wpisaniu "don't". Króluje "Don't worry be happy", potem "Don't speak" i "Don't cry for me Argentina". Po wpisaniu "don't you" kolejne propozycje, ale bez interesującej mnie. I dopiero po dodaniu "wish" wyszukiwarka błyskawicznie odgaduje moje myśli. To zespół Pussycat Dolls. Nigdy nie słyszałem tej nazwy, wiele do nadrobienia. Teledysk - klasyka garunku. Obwieszony łańcuchami murzyn i skaczące, skąpo odziane laski. Komentarz jednego z internautów: "What her grandmother must think".

Pozostając w tematyce gorąca, miałem w ten weekend okazję obejrzenia na żywo (ale w telewizorze) wykonania piosenki "Lato" przez Formację Nieżywych Schabuff. Była to jakaś dobroczynna impreza Polsatu w Białymstoku, byli też m.in. Stachursky i Edyta Górniak... Wierzcie lub nie, ale na przełomie lat 80 i 90, FNS grała bardzo dobrą, melodyjną muzykę. Lekkość i chwytliwość ich kompozycji pozytywnie wyróżniała się na polskiej scenie. Trudno mi sobie wyobrazić, by dziś jakikolwiek polski letni hit stacji radiowych zbliżył się klasą do "Lata", hitu z 1995 roku. A już taki "Żółty rower" z 1992 roku... To dopiero! Dzięki Formacjo za te kilka świetnych, dawnych piosenek, kimkolwiek dziś jesteś.

 

Formacja Nieżywych Schabuff - Żółty rower (1992)

 


niedziela, 02 listopada 2008
Lekcja religii (hinduskiej)

Był kiedyś taki zespół Kula Shaker. Był, a nawet jest, gdyż, jak to z zespołami bywa, reaktywował się w 2004 roku. Wtedy jednak, kiedy był za pierwszym razem (1995-1999), podobał się publiczności dużo bardziej niż aktualnie. Tak też z zespołami bywa najczęściej. Zespół Kula Shaker podobał się i mi. Do dziś pamiętam drogę do i ze szkoły w Kielcach, pokonywaną często przy akompaniamencie Crispiana Millsa i kolegów, akompaniamencie dobiegającym z walkmena, w którym kręciła się jeszcze wówczas kaseta magnetofonowa. Idę Ściegiennego, Seminaryjską, wreszcie Śniadeckich, by tam już, z racji na nieuniknioną bliskość mojego liceum, przygotowywać się na rozstanie z muzyką.

"Tattva" to według mnie największe dzieło Kula Shaker. W terminologii sanskrytu, czyli języka dawnych Indii, słowo "tattva" oznacza tyle co naczelną zasadę, rzeczywistość, prawdę. To także, a może przede wszystkim, jakiś aspekt bóstwa. Jako wychowanemu w wierze katolickiej i pod przemożnym wpływem jej wizji świata, trudno mi pojąć, a tym bardziej wyjaśnić niuanse hinduizmu i tego, o czym tak naprawdę śpiewa Mills (sam zafascynowany hinduizmem). Wierzę jednak, że śpiewa o rzeczach dobrych, pozytywnych i przynoszących pokój wszystkim ludziom oraz światu.

 

 
Kula Shaker - Tattva (1996)
 
 
 
środa, 08 października 2008
Zaskoczenia kontrolowane

Od bardzo dawna nie miałem żadnego przenośnego odtwarzacza muzyki. Ostatni jaki miałem, był odtwarzaczem płyt CD, tzw. discmanem. Aż nie chce się wierzyć, że cieszyłem się z czegoś, co mogło pomieścić tylko jedną płytę audio  (nie mógł bowiem chyba jeszcze mój discman odtwarzać mp3-ek). Przerwa w posiadaniu czegoś, dzięki czemu mógłbym zabrać swą muzykę ze sobą wynikała z tego, że chciałem zabierać ze sobą całą swoją muzykę, kilkanaście gigabajtów. A że z pewnych względów (prawdę mówiąc, z jednego względu - finansowego) nie mogłem mieć tak pojemnego urządzenia, bezkompromisowo wolałem nie mieć odtwarzacza mp3 w ogóle.

Tym, co najbardziej ekscytowało mnie na myśl o mogącym pomieścić wszystkie moje piosenki odtwarzaczu, było wyobrażenie bycia zaskakiwanym przez losowo wybierane utwory. Idę sobie ulicą, słucham muzyki, a tu co i rusz grany jest hit-niespodzianka. Jeszcze większą frajdę widziałem w przypominaniu sobie o piosenkach zapomnianych, a też pięknych, które gdzieś zgubiły się w trzytysięcznym gąszczu moich pop-rockowych kawałków. Wszystko to mogło być możliwe tylko w przypadku posiadania odtwarzacza conajmniej 20-gigowego, najlepiej iPoda.

Od kilku miesięcy jestem szczęśliwym posiadaczem takiego cacka, ma ono pojemność 80 gigabajtów! Niespodziewanie, iPod służy na razie głównie do nauki angielskiego (odkryłem wspaniałą rzecz - podcasty), ale bywa, że włączam swoją całościową listę i otwieram się na losowe zaskakiwanie mnie pięknymi, bo przecież moimi, piosenkami. Rzadko zdarza się, bym został zaskoczony zupełnie, tzn. piosenką usłyszaną jakby pierwszy raz. Być może nawet pierwszy raz zdarzyło się to dopiero minionej niedzieli, kiedy jechałem wieczorem do kochanej fundatorki iPoda. Wyskoczyła poniższa piosenka, śpiewana przez byłego frontmana The Go-Betweens, Granta McLennana. "Mr. Melody he is!" brzmi jeden z komentarzy na YouTube. Bardzo podoba mi się to określenie.

Efekt taki, że od kilku dni jeśli już słucham muzyki, to tylko tej piosenki. Mając 80-gigowego iPoda i ponad trzy tysiące piosenek na nim, słucham jednej piosenki... Powrót więc do prostoty. I po co technologie i inne cuda?

 

 
Grant McLennan - Easy Come, Easy Go (1991)
 
 
czwartek, 26 czerwca 2008
Senna, eskapistyczna psychodelia

 

Slowdive

Przynoszę oto zespół tak świeżo odkryty, jak świeże są myśli człowieka, który właśnie uciął sobie popołudniowo-wieczorną drzemkę (ja). Powstał w owym słynnym dla świata roku 1989, a nazwę zaczerpnął ze snu, jaki miał basista Nick Chaplin. Zapewne śniło mu się, jak wolno, w słoneczny dzień zanurza się w krystaliczną, lazurową głębię Morza Północnego. Slowdive to jeden z reprezentantów nurtu/stylu shoegaze, którego bodaj najbardziej znaną ikoną są My Bloody Valentine. Oni też uważani są za kluczowych inspiratorów omawianej tu piątki z Reading.

Pierwsze recenzje materiałów Slowdive, a także ich miejsca na alternatywnych listach, zapowiadały dużo większy sukces niż ten, jaki w końcu stał się udziałem grupy. Po części to efekt kłopotów, jakie mieli z wydawcami, którym opornie szły wydania kolejnych płyt. Po części także czasowy triumf grunge'u, który na początku lat 90-tych osłabił "popyt" na muzykę innych niezależnych (lub nie aż tak zależnych) nurtów.

Dość gadania, posłuchajmy już tej - jak to określono w jednej z charakterystyk zespołu - "sennej, eskapistycznej psychodelii".

 

 
Slowdive - Alison (1993)
 

 
wtorek, 01 kwietnia 2008
Niepoważne futrzaki

Super Furry Animals

Zespół Super Furry Animals wyłonił się z niebytu w 1993 roku, towarzysząc walijskiej rockowej inwazji lat 90-tych, której przedstawicielami byli jeszcze m.in. Catatonia, Gorky's Zygotic Mynci oraz - z pewnością najsłynniejsi z tego grona - Manic Street Preachers. Tym, co wyróżniało SFA, było bardziej, by tak rzec, luźne podejście do kwestii pozamuzycznych. Też, jak Manic Street Preachers, mają "ciągotki lewicowe", ale traktują to wszystko mniej serio. Inne objawy ich "odjechania" to np. tytuł pierwszej EP-ki, który brzmiał tak jak brzmiał (lub wręcz nie brzmiał), wyłącznie po to, by zaistnieć w Księdze Rekordów Guinessa: "Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyndrobwllantysiliogogogochynygofod (In Space)". Latem 1996 roku na festiwale przyjeżdżali zawsze w wielkim czołgu.

Dziwne i ciekawe koleje rzeczy miały miejsce z językiem, w jakim śpiewali SFR. Na początku śpiewali po walijsku. Potem, chcąc szerzej zaistnieć w brytyjskich stacjach radiowych, spróbowali po angielsku. Jako że sukces nie był olśniewający, wrócili do walijskiego. "Skoro nie puszczają naszych piosenek, to lepiej, żeby nie puszczali ich po walijsku" - powiedział wokalista i gitarzysta Gruff Rhys. Cóż, język nieważny, kiedy muzyka melodyjna i znakomita.

 

 
Super Furry Animals - (Drawing) Rings Around the World (2001)
 
 
piątek, 21 marca 2008
Wielki zespół w Wielki Piątek

Nirvana

Cóż jeszcze można napisać o Nirvanie? Nowego niewiele, więc powtórzę to, co kiedyś przeczytałem w jednej książce: nikt, tak udanie jak Nirvana, nie połączył melodyjności i chwytliwości popu z twardością i szorstkością rocka. W pełni się zgadzam. Jeśli ktoś (tu: Kurt Cobain) fascynował się z jednej strony REM, Beatelsami, Velvet Underground i the Who, a z drugiej the Pixies, Sonic Youth i Black Sabbath, musiało wyjść coś innego niż dotąd. I faktycznie wyszło. Dlatego dzieje muzyki alternatywnej można podzielić na "do Nirvany" i "po Nirvanie". Muzyka alternatywna, wcześniej naprawdę niszowa, ograniczona do malutkich wytwórni a w sklepach do jednej półki gdzieś na tyłach, od lat 90-tych, w dużej mierze za sprawą Nirvany i kultowego "Nevermind", wypłynęła na szerokie wody, zdobyła masową publiczność, ze wszystkimi tego pozytywnymi i negatywnymi skutkami.

Swego czasu, na studiach, pisząc pracę z mikrostruktur socjologicznych, analizowałem społeczny background Cobaina. Nie za dobre dzieciństwo i młodość miał nasz Kurt. Rozbita rodzina na początku, a pistolet na końcu - trochę jak u Johna Lennona.

A dlaczego Nirvana na Melodyjnie akurat dziś? Cóż, Wielki Piątek, to i wielki zespół gościmy.

Nirvana - They Hung Him On A Cross (1989) (oryg. by Leadbelly)
sobota, 08 marca 2008
Relaks przy PRL

PRL

Mało, bardzo mało polskich zespołów gościło na Melodyjnie i nie bardzo się zapowiada, by zagościło ich dużo więcej. Dlatego wielką estymą darzę te, które jakoś przebiły się przez zasieki mojego zachodniego, anglosaskiego gustu. Po Myslovitz, Kevin Arnold i Yaninie, dziś zespół o najbardziej polskiej z nich wszystkich nazwie - PRL.

Pamiętam, że odkryłem ich któregoś późnego wieczoru w 1996 roku w programie "Muzyczna Jedynka". Puszczono tam teledysk do "Traciłem czas" i chyba lepiej trafić we mnie nie mogli, gdyż energiczne gitary i chwytliwa melodia w tamtych czasach w zupełności wystarczały, bym następnego (albo i tego samego) dnia leciał do sklepu. Do dziś nie zmieniło się to tak bardzo. Od 1996 roku w moim muzycznym rozwoju dokonały się rewolucje, minęły całe epoki, a "Traciłem czas" nadal podoba mi się bardzo, jakby (nomen omen) czas nie dotknął jej zupełnie. Szkoda, że zespół PRL istniał sporo krócej niż np. właściwa PRL. Gdyby było inaczej, takich pereł jak "Traciłem czas" byłoby z pewnością więcej.

Nic to. Cieszmy się tym, co jest (muzyka zespołu PRL) i czego nie ma (czasy PRL). Czasy, które na poniższym "filmie" pozwoliłem sobie przypomnieć. Chociaż butów Relaksów trochę jednak szkoda...

 

 
PRL - Traciłem czas (1996)
 
 
sobota, 01 marca 2008
Grupa kolarska

The Delgados

Grupą kolarską są Delgados z conajmniej dwóch powodów, w tym jednego bardzo ważnego. Już bowiem nazwa grupy nawiązuje do postaci kolarza Pedro Delgado, zwycięzcy Tour De France z 1988 roku. Sam nie wiem, czym ów Hiszpan zaskarbił sobie sympatię członków szkockiego zespołu. Był przecież jednym z pierwszych słynnych kolarzy złapanych na dopingu. Bardziej utytułowanym i nieskazitelnie "czystym" kolarzem był - też Hiszpan - Miguel Indurain, żywa legenda kolarstwa. Nazwa The Indurains byłaby, moim zdaniem, również bardzo fajna. Drugi powód "kolarskości" The Delgados to nazwa ich drugiego albumu "Peloton", co po naszemu oznacza "peleton", a więc główną grupę jadących razem kolarzy.

Już stricte muzyczną ciekawostką dotyczącą Delgados jest to, że - zamiast, jak to bywa na początku kariery, pukać do drzwi którejś z licznych firm fongraficznych w UK - założyli swoją własną wytwórnię, Chemikal Underground. Mi, jako zawsze z dystansem patrzącemu na wielki biznes, taka inicjatywa całkiem się podoba.

Delgados do swojej mety dojechali w 2005 roku.

The Delgados - American Trilogy (2000)

 

sobota, 16 lutego 2008
Piosenka oazowa

Oasis

Jeśli do grona melodyjnych gatunków muzycznych zaliczyłem britpop, to wśród prezentowanych tu zespołów nie może zabraknąć Oasis, być może czołowych przedstawicieli tego gatunku. Być może, gdyż rzesze fanów i britpopologów do dziś gorąco debatują nad tym, czy to Oasis, czy też może Blur jest grupą lepszą. To niesamowite, jak w Wielkiej Brytanii fani Oasis nie lubią Blur i na odwrót. Podobnego, dwustronnego antagonizmu Wyspy doznały wcześniej chyba aż w latach 60-tych, podczas młodzieżowej wojny The Beatles VS. The Rolling Stones. Aczkolwiek, jest pewnie niemała grupa osób szanujących dorobek i Oasis i Blur. Do grupy tej należę i ja. Chociaż... gdyby siłą zmusić mnie do powiedzenia, "kogo wolę", to ze względu na jednak bogatszy dorobek i większą, że tak powiem, bliskość mentalną, wskazałbym Blur.

Nie miałbym za to większych problemów z powiedzeniem, którego z braci Gallagherów bardziej lubię. Zdecydowanie mniej pozerski wydaje mi się Noel, dlatego też - w nagrodę - to on dziś zaśpiewa na Melodyjnie.

 

 
Oasis - Don't Look Back In Anger (1995)
 
 
 
piątek, 25 stycznia 2008
Bandyci na BMX-ach

BMX Bandits

Zespół odkryty przeze mnie bardzo niedawno. Z jednej strony to optymistyczne, bo daje obietnicę odkrycia jeszcze pewnie wielu świetnych zespołów. Z drugiej strony pojawia się myśl: dlaczego tak kapitalny zespół pozostawał dla mnie nieznany tak długo? No nic. Może przynajmniej Ty, internauto, dzięki temu wpisowi poznasz BMX Bandits ciut wcześniej niż przed 40-stką.

Zastanawiam się, co jest lepszym dowodem na kultowość BMX Bandits. Czy to, że ich supportem (!) na koncertach w UK w początkach swej kariery byli sami Oasis. Czy może to, że BMX Bandits uwielbiał Kurt Cobain we własnej osobie i ponoć w jakiejś audycji radiowej powiedział nawet, że gdyby nie Nirvana, mógłby grać jedynie w BMX Bandits. (Podobno rozważał jeszcze Budkę Suflera, ale ostatecznie wydali mu się zbyt dekadenccy).

Wątek osobisty. Z BMX-ami kojarzy mi się moment w dzieciństwie mojego dobrego kolegi Piotrka, kiedy - widząc mknących na swoich BMX-ach dwóch kolegów (braci) - doświadczał niefajnego uczucia, w socjologii określanego mianem relatywnej deprywacji. Pozdrawiam!

The BMX Bandits - Witchi Tai To (live, 2006, oryg. Jim Pepper)

 

 
1 , 2 , 3 , 4