poniedziałek, 26 października 2009
Wy-chowanie

Rzadko zdarza mi się odkrywać nowe znaczenia słów znanych wcześniej piosenek lub przynajmniej bardziej uświadamiać sobie dotychczasowe znaczenia. W przypadku angielskich piosenek problemem jest często trudność ze zrozumieniem słów, w przypadku polskich - także. W ogóle mam wrażenie, że nie doceniam tekstów w muzyce, przechodzę obok nich.

I chyba nie tekst zatrzymał niedawno moją uwagę na piosence "To wychowanie" T.Love na samym początku. Był to nastrój. Od pierwszych akordów gitary jakiś smutek, żal i beznadzieja. Wsłuchałem się więc w tekst. Odczytuję go jako przepełnioną rozgoryczeniem krytykę autorytetów (rodziców i szkoły, ale myślę, że wszelkich), które zawiodły; jako gorzki rozrachunek z wartościami (np. patriotyzm), które wpaja się ludziom bez jakiejkolwiek refleksji (i zachęty do refleksji). To wygarnięcie wychowawcom (rodzinnym, szkolnym, religijnym), że to, iż szanujemy rodziców, dostajemy piątki w szkole i chodzimy do kościoła nie oznacza jeszcze, że wszystko jest w porządku.

Swoją drogą, wyraźnie da się zauważyć u Muńka Staszczyka (choć "Wychowanie" to podobno nie jego tekst) ciągłość w chęci demaskowania tego, że "jest super". No proszę, a z Częstochowy i z dobrego liceum.

 

T.Love - "To wychowanie" (1989)

 


niedziela, 23 sierpnia 2009
Kołobrzeg

Dłuższa niż zwykle przerwa we wpisach na Melodyjnie wyniknęła z urlopu, podczas którego wybrałem się m.in. do Kołobrzegu. Byłoby owo 45-tysięczne miasto jednym z wielu obojętnych mi bałtyckich kurortów, gdyby nie to, że zdarzyło mi się spędzić tam pierwsze 15 lat życia, by w 1996 roku zamieszkać w głębi lądu i od tego czasu, aż do bieżącego roku, w Kołobrzegu nie być.

Pierwsze muzyczne wspomnienia z dzieciństwa to Festiwal Piosenki Żołnierskiej. Byłem, a jakże! Dziś w kołobrzeskim amfiteatrze nie śpiewają już żołnierze. Śpiewają za to wszyscy inni. Podczas mojego pobytu był koncert zespołu Smokie (nie wiedzieć czemu, media cały czas mówiły o Madonnie). Nie wybrałem się jednak, bojąc się porównań z Beatelsami i ewentualnych późniejszych przetasowań w mojej klasyfikacji "Zespół Wszechczasów".

Na nadmorskich alejach, w barach, pubach i smażalniach ryb niepodzielnie królował plastikowy pop i disco-polo. Ryby zdecydowanie nie zasługują na taki los. A na ulicy Frankowskiego niezmiennie piękny gmach mojej szkoły muzycznej. To tam, podejrzewam, lokuje się źródło mojej fascynacji melodią i harmonią, muzyki esencją.

A w szkole, tak jak w ogóle w dzieciństwie, czasem cię biją ("they hit you at school"). Czy to dlatego pierwszą piosenką, która przyszła mi do głowy gdy pomyślałem o kołobrzeskich czasach i nauczycielach była "Working Class Hero" Johna Lennona? Czy może po prostu nie dość dobrze pamiętam piosenki Festiwalu Piosenki Żołnierskiej?

 

John Lennon - Working Class Hero (1970)

wtorek, 04 sierpnia 2009
Kolejne porównanie, w którym Polska jest gorsza

Oprawę muzyczną dzisiejszego dnia w pracy, za sprawą przemyślanego wyboru kolegi Rafała, zapewniło nam radio BBC 2. "Tu program drugi brytyjskiego radia, minęła godzina dwunasta". Uświadomiłem sobie, że popularna, służąca jako tło muzyka może być dobra. Nie znam rynku brytyjskich stacji radiowych na tyle, by wypowiadać się kategorycznie. Polski rynek znam (na szczęście) tylko trochę lepiej. Ale coś mi mówi, że w obszarze muzyki pop, tej słuchanej przez 80% ludzi, różnice w gustach polskich i brytyjskich są o wiele wyraźniejsze niż w przypadku rzeczy niszowych. Popularnej brytyjskiej stacji słuchało się dziś z przyjemnością. A ilekroć słyszę Radio Zet czy RMF FM, zastanawiam się, jak daleko ta inwazja chamskiego łomotu może jeszcze postąpić. Zgoda, BBC to radio publiczne, a i u nas "Trójka" puszczała i puszcza przyzwoitą muzykę. No dobra, przekonaliście mnie.

Ale Eltona Johna i tak nie mamy.


Elton John - Rocketman (1976)

 


niedziela, 19 lipca 2009
Dezintegracja pozytywna

Jest kategoria piosenek, którą nazwę - z braku w tym momencie lepszego słowa - rozwalającymi. Czy może optymistycznie zasmucającymi? Owo rozwalenie czy optymistyczne zasmucenie polega na tym, że choć są to piosenki w zasadzie melancholijne a może i smutne, dobrze mi z nimi. Smutek ich jest jakiś słodki, budujący, pozytywny. Nie mogę powiedzieć, że dołują. Słyszałem kiedyś o teorii dezintegracji pozytywnej, polskiego psychologa Kazimierza Dąbrowskiego. Dostrzegam pewną analogię: po przeżyciu (a nie tylko wysłuchaniu) takich piosenek, faktycznie następuje coś jakby "odzyskanie zachwianej równowagi, scalenie jednostki na wyższym niż dotychczasowy poziomie".

Przykłady takich piosenek? "Ponce De Leon Blues" Beachwood Sparks, "Czerwony notes, błękitny prochowiec" Myslovitz, a ostatnio "Philadelphia" Mercury Rev (cover Neila Younga). Ci ostatni to w ogóle mistrzowie w tej kategorii piosenek, mocno za sprawą przejmującego głosu  Jonathana Donahue.

O tak. Słuchałem sobie któregoś dnia swojej całościowej playlisty, losowe wybieranie, miłe popołudnie, jakby nigdy nic. I iTunes wylosował "Philadelphię". I odłożyłem wszystko, słuchałem i było mi smutno i dobrze. I stałem się bardziej scalony i "na wyższym niż dotychczasowy poziomie".


Mercury Rev - Philadephia (1998)

 


wtorek, 14 lipca 2009
OK komputer

Dłuższa przerwa, nie ma co ukrywać. Mogła być jeszcze dłuższa, gdyby nie w miarę szybkie poradzenie sobie z komputerowym problemem, który tejże przerwy był przyczyną. Nie uświadamiałem sobie, że można aż tak zżyć się z maszyną. I co ciekawe, doszło to do mnie nie tyle wtedy, gdy komp się skopał (wtedy uświadomiłem sobie inną ciekawą rzecz, tę mianowicie, że naprawdę byłem bliski rzuceniem nim o ścianę), ale gdy dziś, już na poprawnie działającym sprzęcie instalowałem wszystkie te niezbędne (?) programy. Czułem się, jakbym ponownie meblował mieszkanie i bez wielu mebli nie mógł się obyć.

Pierwszym zespołem, który przychodzi mi na myśl w kontekście komputerowych awarii, jest Grandaddy, zwłaszcza z tytułem swej świetnej płyty "The Software Slump". W ogóle zespół m (pisałem już o nich) a filozofię podejrzliwą wobec techniki (czy technicyzacji), uprzemysłowienia i innych podobnych rzeczy.  Chciałem więc sobie posłuchać Grandaddy podczas moich momentami beznadziejnych zmagań z software'm i hardware'm, ale nie mogłem, bo... całą muzykę mam w komputerze, który nie działał. (Tak naprawdę mam jeszcze iPoda i stamtąd mogłem, ale chciałem, by zabrzmiało to efektownie). Teraz już dobrze, teraz już OK komputer.

Grandaddy - The Crystal Lake (2000)

 


niedziela, 05 lipca 2009

Niewiele jest krajów, do których mógłbym, na dłużej czy krócej, wyemigrować. Jest taki jeden, który ma beznadziejną pogodę, nienajlepsze jedzenie, którego reprezentacja piłkarska od dzieciństwa wygrywała z naszą, a do którego, mimo to, mógłbym wyjechać. Rosja? Nie, z Rosją zdarzało nam się wygrywać w piłkę. To Anglia oczywiście, czy szerzej - Zjednoczone Królestwo. Wszystko przez niezrównaną muzykę znad Tamizy. Bez niej ojczyzna Sheakspear'a byłaby dla mnie kolejnym zachodnim, zamożnym krajem, może nawet - przez tę piłkę - nielubianym. Od Niemiec o tyle tylko lepszym, że bardziej przyjaźnie do nas usposobionym w latach 1939-1945.

Od niedawna następuje zaawansowana już w skutkach reaktywacja zespołu, który jako jeden z bardzo pierwszych sprawił, iż ciepło zacząłem myśleć o Wielkiej Brytanii - zespołu Blur. Do dziś nie mogę zapomnieć, jak w połowie lat 90-tych, w Kielcach, chodziłem po sklepach muzycznych, pytając o kasetę zespołu wymawianego przez mnie "blur" (zamiast "bler"). I do dziś nie wiem, czy to, że prawie nigdzie go nie mieli, spowodowane było brakiem w zaopatrzeniu, czy brakami w moim angielskim. Sklepem, który miał Blura i którego sprzedawca zorientował się, że "blur" to "bler", był sklep Fan na ul. Sienkiewicza, wówczas i przez wiele lat chyba najlepszy sklep w mieście.


Moją ulubioną płytą Blur jest "Modern Life Is Rubbish", drugi z kolei album grupy, wydany w 1993 roku. Z pięknym, stylowym parowozem na okładce i z tytułem, który, nie wiedzieć czemu, tak samo bardzo spodobał mi się w liceum, jak i teraz, gdy trzydziestki dobiegam.

Blur - For Tomorrow (1993)

 


niedziela, 28 czerwca 2009
Jazz

Jak na rodzeństwo, zadziwiająco mało mam ze swoją siostrą wspólnych muzycznych obszarów. Choć oboje jesteśmy uzdolnieni muzycznie, nasze muzyczne drogi poszły w zupełnie innych kierunkach. Siostra porusza się w obrębie jednego, wielkiego obszaru, w którego rejony ja nie zapuszczam się niemal wcale. Obszarem tym jest jazz.

Mało w jazzie lubię. To muzyka oparta na zupełnie innej niż moja (muzycznej) filozofii. Generalnie, jako do wyznawcy melodyjności, ciężko trafić do mnie z czymkolwiek, czego nie da się - choćby we fragmentach - zanucić. Z kolei, jako wielbiący w muzyce harmonię, nie lubię wirtuozyjnych, indywidualnych popisów, solówek, improwizacji, etc. Czasem myślę, że być może moja oporność na jazz wynika z tego, iż nie odebrałem (jak moja siostra) aż tak gruntownego wykształcenia muzycznego, swą muzyczną edukację tylko na podstawówce kończąc. Może stąd gust mój mniej wyrafinowany (jeśli jazz, z grubsza rzecz biorąc, uznać za muzykę wyrafinowaną, choć pofilozofowałbym na ten temat), stąd podobają mi się czasem rzeczy, które jazzmani i nie tylko jazzmani uznaliby za straszny kicz (np. Papa Dance).

Jest jednak jazzowy utwór, który spodobał mi się wielce i od razu, kiedy tylko usłyszałem go po raz pierwszy w filmie Woody'ego Allena pt. "Klątwa skorpiona" (polecam). Dlaczego mi się podoba? Po prostu, ma wspaniały, wpadający w ucho motyw przewodni, który da się zanucić. Tu du tu ru, tu du tu ru, tu ru ru ru ru ru ru ru ru.

Harry James - Flatbush Flanagan (1945)

 


piątek, 19 czerwca 2009
Kazanie z BBC

"Muzyka zabiera nas w inne miejsca, ponieważ jest fenomenem wysoce asocjacyjnym. Kiedy słyszę Cata Stevensa śpiewającego "Morning Has Broken", jedna połowa mnie jest w wiosce Bunessan, na wyspie Mull, gdzie melodia została po raz pierwszy spisana, a druga połowa w Dalston Market w Londynie, gdzie kupiłem album "Teaser And The Firecat" za 75 pensów w 1972 roku (...)

Muzyka jest sztuką najbliższą wierze, gdyż, inaczej niż literatura czy malarstwo, nie bierze swej istoty ze znanego nam świata. Przychodzi ona - melodia, harmonia, rytm - spoza. Nabiera jednak mocy, gdy, grana czy śpiewana w naszej obecności, przywodzi na myśl konkretne miejsce, czas i ludzi. Nie jest dobrem konsumpcyjnym. To zakopany skarb, który, gdy się nim cieszyć, jest zapowiedzią nieba".

Rev John Bell, w audycji "Thought for the Day", BBC Radio 4, 12. czerwca 2009. (Tu cały skrypt).

A ja tylko dodam, że jeśli ksiądz, opisując muzykę, na pierwszych dwóch miejscach wymienia melodię i harmonię, to znaczy, że tak jest.

Cat Stevens - Morning Has Broken (Live, 1973)

 


poniedziałek, 01 czerwca 2009
Taksówkowe piosenki

Swoją pracę lubię m.in. za to, że mogę sobie czasem pojechać taksówką na koszt firmy. Jadę tak sobię przez Warszawę i wspólnie z panami taksówkarzami słucham różnych stacji radiowych, generalnie tych popularnych. Zauważyłem pewną prawidłowość, że im młodszy taksówkarz, tym gorszej stacji (i muzyki) słucha. Zwłaszcza Radio Eska jest bardzo popularne wśród młodych adeptów sztuki taksówkarskiej. Natomiast przeciwną stronę muzycznej skali smaku i wyrafinowania (reprezentowaną zwłaszcza przez muzykę klasyczną) zajmują bardzo nieliczni, a jeśli już, to raczej starsi, taksówkarze. Pamiętam pięćdziesięcioparoletniego taksówkarza z Bydgoszczy, który słuchał radia RMF Classic. Spokój, z jakim prowadził auto, zdawał się być przedłużeniem harmonii i kunsztu kompozycji Mozarta czy Vivaldiego.

Ostatnią podróż służbową taksówą (znów starsi taksówkarze) spędziłem przy stacjach Złote Przeboje (tam) i Vox FM (z powrotem). Było bardzo miło. Z tej okazji, piosenka z roku 1974, pt. "Seasons In The Sun", w wykonaniu Terry Jacksa, napisana ponad dekadę wcześniaj przez Jacquesa Brela. Piosenka o przemijaniu. Oby nie przeminęli taksówkarze grający dobrą, melodyjną muzykę.

Terry Jacks - Seasons In The Sun (1974)

 


wtorek, 26 maja 2009
Wisienka dla mamy

Z okazji Dnia Matki wydanie Melodyjnie Special, z piosenką zespołu Supergrass, kończącą wg. mnie ich najlepszy w karierze album "Supergrass", zatytułowaną "Mama & Papa". Wprawdzie do dnia "papy" jeszcze trochę, ale niech - jako dodatek - będzie i tato. Utwór spełnia dokładnie tę rolę, którą spełniają piosenki kończące wielkie albumy. Wisienka na torcie. Bez niej tort też byłby świetny, ale jednak... bez wisienki.

 
Supergrass - Mama & Papa (1999)
 
 
 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10